piątek, 25 grudnia 2015
wtorek, 22 grudnia 2015
Żeby spokojne mieć Święta
Wszelkie święta związane
tradycyjnie z przygotowywaniem jedzenia i wspólnym jego spożywaniem to zazwyczaj
utrapienie dla wszystkich odchudzających się i myślących o odchudzaniu.
Dominują podejścia „znowu przytyję” albo „znowu nic nie zjem”. Można jednak
przetrwać bez wyrzutów sumienia, nie tracąc nic z atmosfery rodzinnej
uroczystości.
1. Nastawienie przede wszystkim.
Jeśli o Świętach myślisz jako o
kolejnej okazji do przekonania się czy masz silną wolę w starciu z niezrównanymi
pierogami mamy, to nie wyluzujesz się przy stole. Cały czas będziesz się
sprawdzać. Wtedy, nie dość, że ciąg zdarzeń będzie wyglądał mniej więcej tak: „Ha! już minęło 15 minut, a ja wciąż ich nie
ruszyłam! Ależ jestem silna, ależ jestem dzielna. Ależ one są piękne, a jakie
smaczne. Ojej.”, to jeszcze nie nacieszysz się obecnością bliskich. Zresztą
założenie świątecznych spotkań jest takie, że siadamy do stołu z rodziną,
rozmawiamy o miłych rzeczach, składamy sobie życzenia, itp. Możesz zakładać, że
obecność bliskich nie jest Twoim marzeniem, bo martwisz się, że rodzina nie zrozumie
Twoich zmagań z jedzeniem. Pamiętaj, że tak naprawdę nie musisz się nikomu
tłumaczyć ze swoich pobudek. Tylko Ty decydujesz, co o Twoich planach
żywieniowych na te dni będą wiedzieć trzecia żona brata, teściowa i
ciotka-której-nigdy-nie-lubiłaś.
2. Planowanie, planowanie i jeszcze raz planowanie.
Z reguły wiemy, co pojawi się na
stole (choć nie zawsze mamy na to wpływ), wiec przed godziną zero możemy wybrać
jedną z dwóch podstawowych strategii uczestnika biesiady: walczącego o
różnorodność i walczącego o dokładność. W skrócie: albo jesz wszystkiego mało
(łyżka wazowa zupy, jeden pierożek, łyżka kutii – mikroskopijne jak przystaweczki,
a czasem i dania główne, w ekskluzywnej restauracji) albo standardowe porcje 2
potraw.
Warto jednak pamiętać, że okres
przedświąteczny i wigilia wiążą się najczęściej z wytężoną pracą w kuchni. To
sprzyja z jednej strony ciągłemu podjadaniu, a z drugiej zapominaniu o
konkretnych posiłkach. Bywa, że nie jemy nic, bo przecież „potem będzie
wystarczająco dużo jedzenia”. W efekcie wieczorem pochłoniemy wszystko, co
zaplanowaliśmy i to, czego nie zaplanowaliśmy też.
Nie zaczynaj więc pracy bez
śniadania (nie, kawa to nie śniadanie). Co 3-4h zjedz normalny posiłek, choćby
to miało być coś, co potem pojawi się na stole wigilijnym. Wtedy jest mniejsza
szansa, że będziesz cały czas podjadać, a poziom głodu wieczorem nie zmusi Cię
do robienia rzeczy, których potem będziesz żałować. ;)
3. Przygotowanie pola bitwy.
Psychika to jedno, ale środowisko
fizyczne również musi być odpowiednio przygotowane. Na jednych działa trik ze
stosowaniem mniejszych talerzy (bo wtedy wydaje się, że porcja jest większa),
jeszcze inni przygotują sobie czarną zastawę, bo ciasto podane z takiej wydaje
się bardziej gorzkie. Największym sprzymierzeńcem człowieka jest jednak jego
lenistwo. Nie bardzo chce nam się sięgać po rzeczy, których nie mamy pod ręką. Zatem
- im dalej od Twojego krzesła będzie stać Potrawa, Której Najbardziej Się
Obawiasz, tym mniejsza szansa, że zjesz więcej niż pozwala Ci sumienie.
Krewny Cię denerwuje, a
jednocześnie masz władzę nad ustawieniem stołu? Podstaw mu pod sam nos potrawę,
wobec której jest bezbronny. :)
Zaskoczyła Cię rozmaitość
pierogów na stole i zjadłaś/-eś więcej niż planowałaś/-eś? To nie dramat!
4. Wielkie poruszenie.
Umyj naczynia, zabierz
psa/dzieci/żonę/rodziców na spacer. Wszystko, co odbiega od standardu zalegania
przed telewizorem i oglądania Kevina i co zajmie Cię na dłużej niż pół godziny.
I tyle. Im lepiej odżywiasz się
na co dzień, tym mniejszym problemem będzie trzymanie się swoich zasad w czasie
Świąt, pamiętaj więc, że to nie czas na liczenie kalorii czy wprowadzanie
rewolucji w swoim sposobie odżywiania. Niech będą smaczne i spokojne! :)
poniedziałek, 14 grudnia 2015
Gdyby babcia miała drucik...
14 XII o godz. 17.00 będzie można mnie usłyszeć!
Zapraszam do ustawienia odbiorników na 91,6 FM i wysłuchania audycji Singiel w mieście spotkań na antenie Akademickiego Radia LUZ. Temat przewodni: związki-ciało-jedzenie, czyli romanse okiem dietetyka. Będzie o seksie, więc warto słuchać. ;)
A z długiej dość nieobecności na swoim własnym blogu wytłumaczę się później. ;)
poniedziałek, 27 lipca 2015
Dziewięćdziesiąt jeden procent
Każdy bywa
kiedyś u lekarza, wiele osób trafia do psychologa lub dietetyka. Do psychologa
pewnie mało kto się przyznaje, bo wiadomo – 91% ludzi w Polsce jest
szczęśliwych, tak przynajmniej twierdzą Sondaże. Pozostałe 9% prawdopodobnie
w ogóle nie jada słodyczy.
Jeśli byliście,
to zastanawialiście się kiedyś, jaka droga doprowadziła dietetyka/psychologa/lekarza
do tego, co teraz robi? Każdy człowiek ma naturalną skłonność do przypisywania
innym pewnych cech na podstawie tego, co widzi (i wyjaśniania, dlaczego ktoś
wydaje nam się sympatyczny, profesjonalny, itp.), więc jestem pewna, że tak.
Jeśli
trafisz kiedyś do młodego psychologa lub dietetyka w poradni/w prywatnym
gabinecie, to zanim ocenisz jego pracę, wiedz o nim, że:
· prawdopodobnie boleśnie zderzył się z
rzeczywistością, w której miejsc pracy jest szalenie mało i są nędznie
opłacane, podczas gdy coraz więcej jest ludzi otyłych, zestresowanych, nie
radzących sobie z rzeczywistością, samotnych, długotrwale bezrobotnych (o
ironio!), chorych przewlekle – a więc potrzebujących pomocy takiego
specjalisty; zatem...
· ...niejednokrotnie zmuszony jest do prowadzenia
działalności gospodarczej, w której panuje zasada: „nie masz z czego opłacić ZUSu
– masz pecha” (choć oczywiście działalność ma też pewne zalety);
· dostaje wysypki na dźwięk słowa „wolontariat”,
bo z reguły ma ich już wiele za sobą;
· często tłumaczy, że nie jest wielbłądem i ma
uprawnienia do wykonywania swojej pracy, co nie jest proste przy braku ustawy
regulującej zawód lub przy ustawie, która praktycznie nie funkcjonuje;
· codziennie tłumaczy, że trenerka fitness z
wiedzą żywieniową z internetu ani osoba po kursie psychotroniki nie są
dietetykiem ani psychologiem;
· jest w tej poradni/gabinecie dla dobra swojego
pacjenta, wbrew wszystkiemu i wszystkim – rodzinie, która już dawno przestała
liczyć, że darmozjad „się zwróci”, albo znajomym, którzy poszli w miejsca luźno
związane z zawodem, żeby mieć pracę inną niż nieistniejąca lub żenująco płatna...
i patrzą na niego ze współczuciem;
· czeka na nową ustawę o zawodzie
psychologa/ustawę o zawodzie dietetyka, a jednocześnie obawia się, że wpędzi go
ona w jeszcze większe kłopoty.
Czemu tak dramatycznie? Czyżby psycholodzy i dietetycy stanowili te
niepokorne/roszczeniowe 9%, które nie deklaruje poczucia szczęścia w ankietach?
Z moich obserwacji wynika, że sporo młodych osób, być może nie tylko w tym
kraju, ma podobne nastroje. Tutaj jednak dodatkową komplikacją jest specyfika zawodów,
które, ze względu na koncentrację na osobach z problemami zdrowotnymi, wiążą
się z dużą odpowiedzialnością i ilością obowiązków niejednokrotnie
niewspółmierną do wynagrodzenia. Znalazłam niedawno ofertę dla psychologa na
pół etatu we Wrocławiu. Minimum 2 lata
doświadczenia, obowiązków od metra, papierów do przedłożenia tyleż samo i...
pensja minimalna. To tyle w kwestii poważnego traktowania tego zawodu. Jako
pomoc kuchenna lub personel sprzątający można zarobić więcej, a jednocześnie do
wykonywania takiej pracy wcale nie trzeba spędzać 5 lat na uczelni. :)
Psycholodzy po
latach dojrzeli, by przyspieszyć prace nad nową ustawą o tym zawodzie. Dietetycy
też walczą o poprawę swojej sytuacji zawodowej przez stworzenie dokumentu, w
którym będzie jasno napisane, kto może się posługiwać tytułem dietetyka. Działania
te mają na celu poprawę sytuacji osób wykonujących te zawody w Polsce.
Jest nad czym
pracować. Bez jednoznacznego określenia, kto jest kim, trudno znaleźć pracę. Znalezienie
etatu w tych zawodach przypomina spotkanie jednorożca, a etat za godne
pieniądze to różowy jednorożec z podświetlanym rogiem i puchatym ogonkiem. Ale
czemu znowu o tych pieniądzach i to jeszcze w kontekście fantastyki? Dlatego,
że niejednokrotnie słyszę nawet od przedstawicieli moich zawodów, że należy „wyrzec się postawy roszczeniowej i
przekonania, że za mniej niż 2 tysiące nie będę pracować”. Trochę ze
względu na to, że są to zawody „quasi-misyjne”, a trochę dlatego, że
znalezienie pracy za wyższą stawkę w niektórych sektorach graniczy z cudem. OK,
czasem trzeba nagiąć się do warunków, ale podobno
żyjemy w Europie, a nie w państwie trzeciego świata. Nigdy nie zrozumiem
uznawania za normę sytuacji, w której korzystniejsza finansowo jest praca w
Żabce (przy dużo mniejszej odpowiedzialności) niż w tych zawodach. Niestety, ze
względu na niski prestiż zawodów, brak uregulowań prawnych i dostępność
śmieciowej wiedzy w internecie czy w gabinetach „specjalistów” po
kilkudziestogodzinnych kursach, ludzie nie myślą o godnym wynagrodzeniu dla
dietetyka czy psychologa jako o szansie na właściwą jakość usług.
Ponadto, w
nowej propozycji ustawy o zawodzie psychologa szykuje się m.in. wymaganie
stałego dokształcania się, obowiązkowej przynależności do samorządu, bycia
przez rok pod superwizją bardziej doświadczonego psychologa (staże nie będą
organizowane). To wszystko będzie kosztowało psychologa, a w szczególności
młodego, worek pieniędzy. Samorząd zawodowy miałby pomagać w przydzieleniu i
opłaceniu opiekuna (superwizora) dla młodego psychologa. Nie gwarantuje to
jednak pracy (z płacą choćby minimalną), w której psycholog przez rok zdobywałby
doświadczenie, omawiając następnie swoją pracę z bardziej doświadczonym
psychologiem. Krótko mówiąc – jeśli nie masz pracy, to nie masz za bardzo czego
superwizować, a także za co żyć. Przeciwnie, w tej chwili są dostępne staże
odpłatne i to się pewnie nie zmieni. Płacisz za to, że wykonujesz swoją pracę
pod kontrolą kogoś doświadczonego. Czyż to nie fantastyczna propozycja?
Wiem, że
większość moich Czytelników to specjaliści, więc powiem tak: jeśli środowisko
psychologów nie będzie walczyć o zmianę swojej nędznej sytuacji, to nałożenie
dodatkowych, choć słusznych, wymagań ustawowych na adeptów tej sztuki
(doskonalenie zawodowe – być może na własny koszt, składki z racji obowiązkowej
przynależności do organizacji, koszty wpisu na listę psychologów) będzie
gwoździem do ich trumny. Kelnerowanie po nocach, żeby zarobić na wszystkie
daniny może i jest dowodem zaradności, ale nie działa korzystnie na jakość
usług. Co ważne, niektóre towarzystwa psychologów także zwracają uwagę na
trudne położenie finansowe psychologów, utrudniające im rozwój zawodowy.
Pozostaje pracować nad zmianą tej sytuacji i nawoływać do głębokich zmian w
systemie opieki zdrowotnej, bez których powstające ustawy mogą być bezużyteczne
lub nawet szkodliwe (mimo że teoretycznie mają one służyć pacjentom).
Celem ustawy o
zawodzie psychologa powinno być przede wszystkim zabezpieczenie, by psychologami nie nazywali się ludzie po krótkich
kursach, jakiejś psychotronice czy parapsychologii i zapewnienie prawdziwym
psychologom wsparcia w profesjonalnym wypełnianiu swojej misji. To samo będzie dotyczyło
dietetyków, gdy przejdziemy (kiedyś) do regulowania zawodu.
Jednocześnie, jako
że piszę też do pacjentów, chciałabym, żeby każdy, kto korzysta z usług
psychologa czy dietetyka miał świadomość, że to, co opisałam powyżej, odbija
się przede wszystkim na nim. Nic się nie zmieni, jeśli także pacjenci nie będą
sygnalizować, że profesjonalna opieka dietetyczna czy psychologiczna jest
potrzebna, a słabo dostępna (w przypadku dietetyki, najczęściej nierefundowana).
Specjalista musi mieć gdzie wykorzystać to, czego się nauczy i mieć zaspokojone
podstawowe potrzeby, żeby w trakcie wizyty mógł skupić się tylko i wyłącznie na
swoim pacjencie. Czego nam wszystkim, niezależnie od deklarowanego poziomu
szczęścia, życzę. Inaczej nie będzie komu zadawać pytań sondażowych.
niedziela, 19 lipca 2015
Nabierając rozmachu (+ na co mi dzienniczki żywieniowe)
Czytelnicy, którzy śledzą facebooka z pewnością już wiedzą o nowych powiązaniach Nutripsychologii. Tych, którzy gardzą tym portalem społecznosciowym i tam nie zaglądają, z przyjemnością informuję, że nawiązałam współpracę z Medfeminą – Centrum Zdrowia Kobiety, mieszczącym się przy Kukuczki 5 (boczna Borowskiej).
Wszystkie Panie mają
zapewnione wsparcie psychologiczne. Rozmowa z psychologiem może być niezwykle
przydatna także podczas leczenia przewlekłych chorób, starania się o dziecko, poporodowego
obniżenia nastroju (znanego szerzej jako baby blues), utrudnionego wchodzenia w
relacje intymne. Jednocześnie, jako dietetyk, będę się zajmować przede
wszystkim pacjentkami ciężarnymi, ale nie tylko. Wizyta u dietetyka jest
wskazana w okresie prekoncepcyjnym, aby jak najlepiej przygotować organizm do rzeczywistości
ciąży i porodu. Bywa nieodzowna przy staraniach o dziecko, skomplikowanych np.
przez nadmierną masę ciała, insulinooporność, itp. Z pewnością znajdą dla
siebie rozwiązania Panie z zespołem policystycznych jajników, problemami
hormonalnymi, a nawet zespołem napięcia przedmiesiączkowego, czy stosujące
antykoncepcję hormonalną i odczuwające jej skutki uboczne. Dieta ma znaczenie
wspomagające także przy leczeniu endometriozy, mięśniaków
macicy i innych schorzeń ginekologicznych. Podczas karmienia dziecka nie trzeba
modyfikować diety w jakiś szczególny sposób. Jeśli jednak istnieją wskazania do
eliminacji którejkolwiek grupy produktów, warto skonsultować się z dietetykiem,
żeby znaleźć najlepsze zamienniki – nie produktów potrzebujemy, a składników.
W ustalaniu, jaka
modyfikacja diety będzie najbardziej korzystna, pomocna jest stara, sprawdzona
technika znana jako dzienniczek
żywieniowy. Każda z Pań trafiających do dietetyka będzie go (prędzej czy
później) prowadzić. Na początek 3 dni systematycznego zapisu wystarczą.
Po
co?
Z
punktu widzenia dietetyka po to, żeby się zorientować, jak pacjent jada. Po
prostu. Im dokładniejsze zapisy, tym łatwiej dostosować nowy plan żywieniowy do
potrzeb/preferencji/stylu życia pacjenta, bo wiemy, z jakiego pułapu startujemy
i czy zmiany powinny być przede wszystkim jakościowe, czy ilościowe. A może
trzeba pokombinować wokół częstotliwości jedzenia. Debata nad dzienniczkiem to
świetne źródło informacji o tym, jakich potraw pacjent unika i dlaczego, jak
organizuje sobie jedzenie przy nawale pracy, co dla niego znaczy „jeść jak
wróbelek” albo „porcje jak chłopu do kosy”. Przy solidnym wypełnianiu takiego
dzienniczka (codziennie przez przynajmniej parę tygodni) można dojść do
zaskakujących wniosków odnośnie własnego odżywiania, więc jest to przydatne nie
tylko dla specjalisty.
Jak
wypełniać?
Instrukcję
podaję w czasie pierwszej wizyty. Podstawową zasadą jest sumienne i szczere
zapisywanie, co wpadło na talerz (bądź – z jego ominięciem – do jamy ustnej) w
ciągu dnia. Płyny też trzeba zapisywać.
Ważne, by notować na bieżąco i nie zostawiać tego na dzień wizyty. Wtedy mało
co pamiętamy i zapis wychodzi średnio przydatny. Raptem okazuje się, że ktoś
przez 3 dni nic nie pije, zjada naparstek ryżu na obiad, bądź jest w trakcie
wielodniowej ascezy cukrowej.
Ilości
są ważne. Kromkę można posmarować masłem tak, że śladu po nim nie ma albo tak,
że toną w nim wszystkie inne dodatki. Miska zupy dla każdego jest wypełniona w
innym stopniu.
Rodzaj produktu to także
niezbędna informacja. Chleb jest zbyt szerokim pojęciem. Trzeba doprecyzować,
jaki: jasny, ciemny, żytni, pszenny, z ziarnem, bez ziarna, itp. Szynka szynce
nierówna – np. nie każda stała obok mięsa. Rosół wbrew pozorom też występuje w
tak wielu wariantach, że bez informacji o tym, z czego został wypocony i co w
nim pływało, mam niepełny obraz.
Czas
i miejsce akcji jest bardzo ważny – wbrew pozorom zbyt duże przerwy między
posiłkami to często spotykany problem. Nie ma sensu też proponować fantazyjnych
dań do wyprodukowania w domu, jeśli ktoś stołuje się głównie na mieście.
Kwestią
być może najważniejszą jest określenie samopoczucia po jedzeniu – pozwala
łatwiej zidentyfikować np. produkty, które szkodzą. Nieoceniona informacja przy
planowaniu ewentualnej dalszej diagnostyki (np. testów na nietolerancje).
Jako
że jedzenie jest uwikłane w szerszy kontekst, każdy dzień opisujemy pod względem
klimatu. Może akurat byliśmy strasznie zaganiani i na posiłek jakoś tak nie
było czasu albo było tak gorąco, że nie mieliśmy w ogóle ochoty na jedzenie. Jest
też miejsce na opis aktywności fizycznej. Nie trzeba koniecznie biegać
wieczorami, żeby coś tam wpisać. Przedświąteczne mycie okien czy opieka nad
trójką dzieci naraz to też spory wysiłek, mimo że nie da się nim pochwalić na
Endomondo.
Co
może się przytrafić po wypełnieniu?
Zeznanie
zostaje przeanalizowane (jak powszechnie wiadomo, psycholodzy wprost uwielbiają
analizować ;)). Mogą się zdarzyć pytania o uszczegółowienie, czasem o przyczynę
takiego, a nie innego wyboru. Bez oceniania, po prostu czasem jest to istotne,
a nie wynika wprost z dzienniczka.
Na podstawie zebranych informacji proponuję
rozwiązania (czyt. przygotowuję zalecenia, ew. jadłospis). Oczywiście do
wyciągania jakichkolwiek wniosków nie wystarczy dzienniczek – w czasie wizyt
sporo się dzieje i wszystkie zebrane informacje dopiero dają możliwość
stworzenia rozwiązania skrojonego na miarę. O tym, jak wygląda pierwsza wizyta,
piszę tutaj (choć informacja o mojej współpracy z tamtą przychodnią jest już
nieaktualna).
środa, 24 czerwca 2015
O pewnych zawiłościach układania jadłospisów
Prawdopodobnie każdy z nas zna
osobę, która podchodzi do odchudzania po inżyniersku. Tworzy tabele z informacjami
o tym, ile jej śniadanie ma kalorii i innych interesujących rzeczy. Liczy, czy
w ciągu dnia nie przekroczyła jakiejś założonej wartości. Wreszcie – rysuje
sobie krzywą chudnięcia. Prawdopodobnie każdy z nas zna też osobę, która regularnie
testuje plany żywieniowe pisane nie do końca wiadomo przez kogo i dla kogo w
gazetach lub (znowu) w internecie. Testy te kończą się w najlepszym wypadku
szybką rezygnacją. Przychodzą takie dwie osoby do dietetyka...
Numerologia i horoskopy
Wymienieni wyżej przykładowi
znajomi wykazują godne pochwały zaangażowanie, które zawsze jest nieocenionym
zasobem do wykorzystania. Szczególnie, jeśli za zaangażowaniem kryją się
wysokie, choć realistyczne, oczekiwania. A jakie oczekiwania kryją się za
opisanym postępowaniem? Można oczywiście tylko zgadywać, ale intuicja
podpowiada, że takie, których nie będzie łatwo spełnić.
Prowadzenie buchalterii kalorycznej przy odchudzaniu jest bardzo przydatne
na etapie poznawania „jak to działa”, np. po to, by się przekonać, iż "zjadanie" 800kcal
dziennie, będąc aktywnym dorosłym człowiekiem, to na dłuższą metę nie jest
droga do sukcesu. Później, moim zdaniem, nie jest to korzystne. Chcemy jednak
ważyć ileś kilogramów, mieć ileś centymetrów w talii, itp., więc wydaje się, że
bez liczb w jadłospisie, najlepiej w formie tabeli, nie będzie odpowiednich
liczb w wynikach pomiarów. Wystarczy zresztą zerknąć do pierwszych lepszych
zaleceń klinicznych postępowania, np. cukrzycy, by zobaczyć, że nie formułuje
się celów w kategoriach polepszenia kondycji, dobrostanu, itp. – są słabo
mierzalne (?). Podaje się konkretne poziomy cukru, cholesterolu HDL i LDL,
ciśnienia, obwodów ciała, do których trzeba koniecznie zjechać przy pomocy
diety i/lub leków. Wygląda na to, że jesteśmy wychowani do wiary w nieomylność
liczb. Liczby same w sobie nie kłamią, ale łatwo im nadać nadmierne znaczenie
(tutaj przypomina mi się fascynacja naukowców nie-psychologów wskaźnikiem IQ). Chyba
że chodzi o ustalanie wynagrodzenia za pracę – wtedy liczby są bardzo ważne. ;)
Próbowanie różnych „uniwersalnych” czy też „sprawdzonych (przez kogoś)”
diet trąci przekonaniem, że wszystkie problemy tego świata mają jedną
przyczynę i to ją właśnie wystarczy usunąć. To trochę tak, jakby uważać, że
jeśli nie da się czegoś naprawić srebrną taśmą klejącą, to nie da się tego
naprawić w ogóle. Z drugiej strony, ta uniwersalna przyczyna jest co jakiś czas
inna – czasem przybiera formę jedzenia zbyt dużo, czasem jedzenia nie tego, co
trzeba (patrz: post o glutenie, dobrym i złym jedzeniu), jedzenia nie o tych
porach, co trzeba, nie w tych połączeniach, co trzeba, itd. W gabinetowej
emanacji tej idei dietetyk spotyka się z oczekiwaniem, że strzeli palcami i
będzie miał odpowiednią (czyt. pasującą jak horoskop z gazety codziennej) dietę,
żeby pacjent schudł. Laik ma prawo nie wiedzieć i dopiero zostać wyedukowanym w
kwestii prawdziwości tego przekonania, ale wolałabym nie spotykać się z tym
podejściem u specjalistów.
... istnieje tylko teoretycznie
Nie, tym razem nie chodzi o Państwo Polskie. Osobiście nie jestem
entuzjastką układania jadłospisów, zwłaszcza na okresy dłuższe niż tydzień i w
formie tabelki ze wszystkimi liczbami opisującymi posiłki. Uważam, że bez tego
można poradzić sobie ze zmianą nawyków żywieniowych. Sami pacjenci czasem
sygnalizują mi, że wolą znać reguły, dozwolone/niedozwolone produkty, wśród
których mogą się poruszać itp. Takie podejście jest mi bliższe, szczególnie
jako psychologowi. Oto dlaczego:
1) Sumienne
realizowanie jadłospisu przez pacjenta wydaje się cudownym snem dietetyka
(spełnienie założeń daje szansę na pożądane efekty), ale jest to w pewnym
sensie pójście na łatwiznę. Dietetyk powinien uczyć pacjenta samodzielności i
elastyczności w korzystaniu z dobrodziejstw natury i przemysłu spożywczego, a
także rozumienia swoich reakcji. Pacjent i tak na własną rękę wprowadza wygodne
dla niego modyfikacje jadłospisu. Zazwyczaj będą one zupełnie w porządku, choć
zdarzają się sytuacje, w których dietetyk powie i napisze swoje, a pacjent tak
zmodyfikuje jadłospis ilościowo i jakościowo, że nijak nie idzie to w ustalonym
kierunku...
2) Jadłospis
jest pewnym modelem, ideałem. Siedzimy godzinami (w zależności od posiadanego
oprogramowania, doświadczenia i wyczucia) nad bytem teoretycznym, który
materializując się u pacjenta miewa niewiele wspólnego z zamysłem autora. Bierze
się to stąd, że:
- dane z tabel
wartości odżywczej (i tu mówię o tabelach IŻŻ, nie ręczę za dane ze stron
internetowych), używane przy planowaniu diety, nie pozwalają na dokładne
określenie, ile poszczególnych składników dostarczymy w pojedynczym posiłku i przez
cały dzień, nawet zakładając stuprocentową zbieżność działania pacjenta z
planem dietetyka. Wynika to z samej natury danych – dają one orientacyjna
wiedzę na temat tego, co może się znajdować w danym produkcie. Znajdziemy w
tabelach np. tylko jeden wariant pomidora, jabłka, łososia, chleby, których
skład nie sposób odtworzyć, itp. Trzeba więc posiłkować się produktami podobnymi
do zalecanych w szacowaniu wartości energetycznej czy zawartości składników
odżywczych. Jasne, że niektóre składniki (jak np. woda, błonnik czy zawartość
białka) będą występować w niemal identycznych ilościach we wszystkich odmianach
jabłka, więc Jabłko Prototypowe może spokojnie wystarczyć. Ale nie ze
wszystkimi składnikami tak jest. Przy bardziej złożonych produktach trudno
przewidzieć, w którą stronę idzie błąd. Niektórzy radzą sobie, rozpisując
potrawy na składniki i licząc ich wartość odżywczą jako sumę poszczególnych wartości.
Stosuje się poprawki na straty w procesach kulinarnych, które mają upodobnić
wynik do czegokolwiek, ale nadal liczymy coś, co nie istnieje.
- obróbka
obróbce nierówna. Wystarczy trochę dłużej (lub w innej temperaturze) smażyć,
gotować, mrozić, przechowywać, żeby zawartość pewnych składników była istotnie
niższa lub wyższa, przy czym różne składniki są w różnym stopniu podatne na
czynniki zewnętrzne. Przykładowo, straty składników mineralnych w mięsie pod
wpływem obróbki są niewielkie, ale witaminy z grupy B (głównie B1, B6, kwas
foliowy) w zależności od rodzaju obróbki cieplnej mogą uciekać nawet w 70%. Surówka warzywna może być fantastycznym źródłem
witaminy C nawet mimo strat wywołanych ciachaniem bezbronnego warzywa, o ile
nie stoi parę godzin w kuchni. Witaminę C i polifenole łatwo stracić w sporych
ilościach (ok. 40%), wystarczy np. rozpocząć gotowanie warzywa od zimnej wody,
zamiast wrzucić je do wrzącej. Ziemniaki ugotowane w mundurkach będą miały wyższą
zawartość witaminy C i błonnika niż bez nich. Mało tego, przestudzenie
ziemniaków po powoduje, że część skrobi nie zostaje strawiona i w jelicie
grubym staje się pożywką dla bakterii (co akurat jest ok). Straty potasu
podczas gotowania to ok. 30%*, chyba że zrobimy to na parze albo w
mikrofalówce, albo zdecydujemy się na pieczenie (ale wtedy poziom cukru we krwi
skoczy nam gwałtowniej niż po gotowanym ziemniaku). Nawet tak podstawowa
obróbka jak moczenie i płukanie generuje straty.
- można z
dumą zjadać produkt o teoretycznie wysokiej zawartości np. żelaza czy wapnia,
ale wchłanianie tychże może być mizerne ze względu na interakcje składników
posiłku (np. żelazo w soczewicy ma mniej przyswajalną formę, do tego towarzyszą
mu składniki obniżające jego wchłanianie; nie pomaga popijanie żelazistego steka
herbatką lub czerwonym winem).
3) Każdy z
nas lubi mieć wpływ. Kiedy mamy wpływ na swoją sytuację, lepiej znosimy ból i
jesteśmy spokojniejsi. Dlatego pacjent powinien uczestniczyć w tworzeniu
swojego planu żywienia. Negocjowanie zmian i motywowanie do ich wprowadzenia
jest o wiele bardziej wyczerpujące dla specjalisty niż narzucenie choćby
najbardziej słusznych zaleceń i ułożenie najbardziej rygorystycznie wyliczonego
jadłospisu, stąd pewnie rzadko słychać, by ktoś tak robił. Jest też istotna
różnica między poziomem zaangażowania w działanie zgodne z odgórnie narzuconym
planem i z planem, który współtworzyliśmy.
Nasz klient – nasz pan!
Wszystkie powyższe rozterki sprawiają, że podczas tworzenia jadłospisu czasem
trzeba się sporo nakombinować, żeby wyszło coś, co ma akceptowalną (szacowaną) wartość
energetyczną i odżywczą, a jednocześnie da się to faktycznie przygotować i
zjeść w ciągu dnia. Im bardziej skomplikowana sytuacja, tym oczywiście trudniej
znaleźć złoty środek. Dlatego stworzenie sensownego planu wymaga czasu. Nie da
się przygotować dla kogoś jadłospisu w czasie wizyty. Bywa, że i parę godzin na
to nie wystarczy! Kiedy przeglądam przykładowe jadłospisy w broszurkach
dotyczących różnych chorób, czasem przecieram oczy ze zdziwienia, więc jeśli
potrzebujemy takiego rozwiązania (nie ma w tym nic złego – mamy różne potrzeby),
to niech ono będzie zindywidualizowane. Dla większości osób będzie to model, na
którym nauczą się prawidłowo komponować posiłki i składać je w wykonalne menu
dnia. Dla dietetyka sposób realizacji planu będzie ważną informacją, ale jeśli
nie pozyska jej w ten sposób, to w inny. I taka powinna być funkcja jadłospisu.
Nie jest to ani biblia postępowania w życiu, ani z drugiej strony coś, co można
wziąć od koleżanki i zastosować na sobie, bo ona schudła. Jeśli jednak u
dietetyka jest inaczej, to wnioski nasuwają się same. :)
* - czy ja coś wspominałam o uzależnieniu od liczb?
środa, 10 czerwca 2015
Słodko-gorzka rozprawa o cukrze owocowym
Zaczął się czerwiec. Sezon na truskawki otwarty, więc teraz nie sposób
opędzić się od artykułów na temat właściwości zdrowotnych tych, jak i wielu
innych owoców. Niestety takie teksty, pisane zazwyczaj z entuzjazmem godnym informacji
o wynalezieniu leku na raka, czasem zawierają różnego kalibru mity. Hitem
ostatniego tygodnia maja jest dla mnie news, że fruktoza zapobiega cukrzycy.
Artykuł dedykuję więc autorowi innego bloga dotyczącego zdrowia, przyszłemu
lekarzowi, który tak właśnie orzekł. ;)
-oza
Fruktoza ma
taki związek z truskawkami, że występuje w nich „obficie” (szalone kilka do
kilkanastu g/100g owoców), dając im ten, nieporównywalny z innymi, słodki smak,
na który ze ślinotokiem utajonym czekamy prawie cały rok. Występuje także w
innych owocach, warzywach oraz w miodzie i cukrze stołowym (biały, brązowy –
wszystko jedno, to sacharoza, czyli połączenie glukozy i fruktozy). Jest to cukier
prosty, wielokrotnie słodszy od glukozy, choć tak samo kaloryczny. Łatwo się
wchłania, zwłaszcza w obecności glukozy i tym bardziej, im więcej jej towarzyszy
fruktozie. Pod nieobecność glukozy podczas wchłaniania, część fruktozy trafia
do jelita grubego, gdzie fermentuje pod wpływem działalności bakterii. Wzdęcia
i uczucie „przelewania się w brzuchu”, a także biegunki (zjawisko znane tym, u
których występuje zaburzone wchłanianie fruktozy, a szacuje się, że ok. 30%
ludzi tak ma) mogą być przejawem takich właśnie wydarzeń w organizmie.
„Zupełnie inny szlak metaboliczny”
Glukoza jest podstawowym
źródłem energii dla komórek. Dla niektórych nawet jedynym. Ale musi się ona
zostać przeniesiona z krwi do wnętrza komórki, na co wpływ ma insulina. Trzustka
wytwarza tego hormonu tym więcej, im więcej owej glukozy we krwi. Jeśli cukru
we krwi jest za dużo, powstaje za dużo insuliny. Jeśli często dochodzi do
takiej sytuacji, insulina przestaje robić wrażenie na tkankach (bardziej
poetycko: rozwija się insulinooporność), cukier pozostaje we krwi, zamiast
trafiać do komórek, zatem trzeba produkować więcej hormonu. To historia
początku cukrzycy typu 2, wybitnie uproszczona dla przejrzystości artykułu.
Dużo zaczęło
się dziać wokół fruktozy, gdy stwierdzono, że ma niski indeks glikemiczny,
czyli po spożyciu wywołuje niewielki przyrost poziomu cukru we krwi. A zatem i
raczej wyważoną produkcję insuliny przez trzustkę. Wynika to z dłuższego niż w
przypadku glukozy wchłaniania tego cukru w jelicie cienkim. Trzustka nie musi
generować dużego wyrzutu insuliny, żeby wypchnąć cukier do komórek, także dlatego,
że... fruktoza przedostaje się do ich wnętrza bez jej udziału. Może się w
związku z tym wydawać, że fruktoza jest świetnym zamiennikiem cukru dla
diabetyków i faktycznie przez jakiś czas mówiono, że korzystanie z niej przez
tę grupę jest korzystne. W końcu to hiperglikemia i niezdolność trzustki do jej
opanowania stanowi sedno cukrzycy. Z jakichś jednak powodów najnowsze zalecenia
kliniczne Polskiego Towarzystwa Diabetologicznego dotyczące leczenia cukrzycy
jasno mówią, że należy ograniczyć spożycie fruktozy i NIE stosować jej jako
zamiennika cukru. No to teraz pytanie: dlaczego?
Badania,
początkowo na szczurach (liczne), ale później także z udziałem ludzi wykazały,
że nadmierne spożycie fruktozy przyczynia się do wielu chorób metabolicznych, w
tym cukrzycy i nadciśnienia tętniczego. W pierwszej kolejności zwiększa poziom
kwasu moczowego, które to zjawisko podejrzewa się o granie pierwszych skrzypiec
w powstawaniu pozostałych spośród wymienionych zaburzeń. Jako że fruktoza jest
w miażdżącej większości przetwarzana w wątrobie, jej nadmierne spożycie sprzyja
zwiększonej produkcji trójglicerydów i stłuszczeniu wątroby. Ale uwaga –
tłuszcz gromadzi się nie tylko w wątrobie, ale też „na obwodzie”. Mówiąc
bardziej wprost, od fruktozy na dłuższą metę tyjemy, szczególnie w okolicach
brzucha. Brzuszna (wisceralna) tkanka tłuszczowa działa jak gruczoł dokrewny –
wytwarzane przez nią substancje powodują zwiększenie insulinooporności (insulina
przestaje spełniać swoją funkcję, zatem więcej cukru pozostaje we krwi zamiast
trafiać do komórek --> idziemy w kierunku cukrzycy), a także mają działanie
prozapalne. Dla jeszcze bardziej dramatycznego efektu, fruktoza przyczyna się
do oporności tkanek wątroby na insulinę. Normalnie insulina hamuje produkcję
glukozy w wątrobie. Fruktoza w nadmiarze zaburza ten mechanizm, przez co rośnie
ryzyko hiperglikemii i de facto znów idziemy w kierunku cukrzycy, zamiast od
niej oddalać. Fruktoza ponadto lubi łączyć się z białkami ustrojowymi, co powoduje
uszkodzenia tkanek (zwłaszcza ścian naczyń krwionośnych i nerwów) i daje jej
udział w zwiększaniu ryzyka chorób sercowo-naczyniowych. Nic więc dziwnego, że specjaliści
wycofują się rakiem z wcześniejszego poparcia dla fruktozy (choć oczywiście niektórzy
nie zmieniają swoich poglądów). W medycynie trochę
jak w polityce. :)
Fruktoza nie
daje poczucia sytości, co wynika z jej wpływu na gospodarkę hormonalną. Poziom
leptyny – sygnału dla mózgu, że się najedliśmy – po fruktozie stoi w miejscu. Dzieje
się tak właśnie dlatego, że produkcję leptyny pobudza insulina, od której, jak
już wiemy, fruktoza jest niezależna. Z badań płyną
też sygnały, że jeśli możemy mówić o uzależniającym działaniu cukru, to właśnie
w odniesieniu do fruktozy (przynajmniej jeśli porównamy jej wpływ z wpływem
glukozy). Zanim jednak wpadniemy w
panikę i wyrzucimy wszystko, co stało obok fruktozy, pamiętajmy, że z
reguły na naszych talerzach pojawiają się produkty o bardziej skomplikowanym
składzie niż „100% fruktozy”, a odpowiednio dobranymi dodatkami można
zniwelować opisane działanie.
Jaki
z tego wniosek? No raczej nie taki, że
fruktoza chroni przed cukrzycą. Ostrożnie powiedziałabym nawet, że wręcz
przeciwnie, co nie znaczy, że zabraniam jeść owoce. Wiemy zresztą, że nie ma
produktów z gruntu złych, to raczej niewłaściwe ilości i proporcje są źródłem
problemów. Większym zagrożeniem jest duże rozpowszechnienie syropów
fruktozowo-glukozowych w różnych produktach, gdzie pełnią one funkcję
zamiennika cukru (zwracam uwagę na produkty dla dzieci – kaszki, soczki,
jogurty...). Im mniej takich rzeczy będzie się pojawiało w jadłospisie, tym
mniejsze wrażenie na organizmie będą robić owoce i tym mniejsza szansa, że
wyrośnie fałda pod prawym żebrem. Czyli o ciśnienie też można być spokojnym.
„To nie mogę w ogóle
jeść owoców?!”
Możesz, wszystko
jest dla ludzi. Owoce mają mnóstwo zalet, od błonnika aż po przeciwutleniacze,
witaminy i składniki mineralne, w tym potas, nieoceniony dla tych, którym
dodatkowo towarzyszy podwyższone ciśnienie. Ale. To pytanie najczęściej pada ze
strony pacjentów z cukrzycą. Specyfika niewyrównanej choroby jest taka, że,
mówiąc niefachowo, ciągnie do cukru, zatem owoce są jednymi z ulubionych
produktów w tej grupie. Zwłaszcza, kiedy przeczytają w internecie, że są
niskokaloryczne (ok) i że chronią przed cukrzycą (nie ok). Dlatego też często
ilości spożywanych przez nich owoców nie sprzyjają chudnięciu (mimo wszystko najczęstszemu
celowi wizyty pacjenta w gabinecie) ani poprawie wyników badań laboratoryjnych.
Dopiero po złapaniu równowagi w poziomach cukru i utrwaleniu się nowych nawyków,
korzystanie z owoców nie wymaga pisemnego pozwolenia. Wtedy zazwyczaj już
wiadomo, na ile można sobie pozwolić, a jednocześnie nie zaszkodzić. ;)
A co z tymi,
którzy nie mają cukrzycy i do tego (szczęśliwie) dobrze wchłaniają fruktozę? Organizm
poradzi sobie z wiadrem truskawek każdego letniego tygodnia, zakładając, że
poza truskawkami pojawia się w diecie coś białkowego, coś, co zawiera błonnik,
itp., do tego człowiekowi czasem przytrafi się jakaś aktywność fizyczna. A przecież
zazwyczaj tak jest. :) Jeśli więc
jeszcze nie wyrzuciliście zakupionego koszyczka z truskawkami, to nie róbcie
tego. Na talerzu przydadzą się bardziej.










