Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kontrowersyjnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kontrowersyjnie. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 27 lipca 2015
Dziewięćdziesiąt jeden procent
Każdy bywa
kiedyś u lekarza, wiele osób trafia do psychologa lub dietetyka. Do psychologa
pewnie mało kto się przyznaje, bo wiadomo – 91% ludzi w Polsce jest
szczęśliwych, tak przynajmniej twierdzą Sondaże. Pozostałe 9% prawdopodobnie
w ogóle nie jada słodyczy.
Jeśli byliście,
to zastanawialiście się kiedyś, jaka droga doprowadziła dietetyka/psychologa/lekarza
do tego, co teraz robi? Każdy człowiek ma naturalną skłonność do przypisywania
innym pewnych cech na podstawie tego, co widzi (i wyjaśniania, dlaczego ktoś
wydaje nam się sympatyczny, profesjonalny, itp.), więc jestem pewna, że tak.
Jeśli
trafisz kiedyś do młodego psychologa lub dietetyka w poradni/w prywatnym
gabinecie, to zanim ocenisz jego pracę, wiedz o nim, że:
· prawdopodobnie boleśnie zderzył się z
rzeczywistością, w której miejsc pracy jest szalenie mało i są nędznie
opłacane, podczas gdy coraz więcej jest ludzi otyłych, zestresowanych, nie
radzących sobie z rzeczywistością, samotnych, długotrwale bezrobotnych (o
ironio!), chorych przewlekle – a więc potrzebujących pomocy takiego
specjalisty; zatem...
· ...niejednokrotnie zmuszony jest do prowadzenia
działalności gospodarczej, w której panuje zasada: „nie masz z czego opłacić ZUSu
– masz pecha” (choć oczywiście działalność ma też pewne zalety);
· dostaje wysypki na dźwięk słowa „wolontariat”,
bo z reguły ma ich już wiele za sobą;
· często tłumaczy, że nie jest wielbłądem i ma
uprawnienia do wykonywania swojej pracy, co nie jest proste przy braku ustawy
regulującej zawód lub przy ustawie, która praktycznie nie funkcjonuje;
· codziennie tłumaczy, że trenerka fitness z
wiedzą żywieniową z internetu ani osoba po kursie psychotroniki nie są
dietetykiem ani psychologiem;
· jest w tej poradni/gabinecie dla dobra swojego
pacjenta, wbrew wszystkiemu i wszystkim – rodzinie, która już dawno przestała
liczyć, że darmozjad „się zwróci”, albo znajomym, którzy poszli w miejsca luźno
związane z zawodem, żeby mieć pracę inną niż nieistniejąca lub żenująco płatna...
i patrzą na niego ze współczuciem;
· czeka na nową ustawę o zawodzie
psychologa/ustawę o zawodzie dietetyka, a jednocześnie obawia się, że wpędzi go
ona w jeszcze większe kłopoty.
Czemu tak dramatycznie? Czyżby psycholodzy i dietetycy stanowili te
niepokorne/roszczeniowe 9%, które nie deklaruje poczucia szczęścia w ankietach?
Z moich obserwacji wynika, że sporo młodych osób, być może nie tylko w tym
kraju, ma podobne nastroje. Tutaj jednak dodatkową komplikacją jest specyfika zawodów,
które, ze względu na koncentrację na osobach z problemami zdrowotnymi, wiążą
się z dużą odpowiedzialnością i ilością obowiązków niejednokrotnie
niewspółmierną do wynagrodzenia. Znalazłam niedawno ofertę dla psychologa na
pół etatu we Wrocławiu. Minimum 2 lata
doświadczenia, obowiązków od metra, papierów do przedłożenia tyleż samo i...
pensja minimalna. To tyle w kwestii poważnego traktowania tego zawodu. Jako
pomoc kuchenna lub personel sprzątający można zarobić więcej, a jednocześnie do
wykonywania takiej pracy wcale nie trzeba spędzać 5 lat na uczelni. :)
Psycholodzy po
latach dojrzeli, by przyspieszyć prace nad nową ustawą o tym zawodzie. Dietetycy
też walczą o poprawę swojej sytuacji zawodowej przez stworzenie dokumentu, w
którym będzie jasno napisane, kto może się posługiwać tytułem dietetyka. Działania
te mają na celu poprawę sytuacji osób wykonujących te zawody w Polsce.
Jest nad czym
pracować. Bez jednoznacznego określenia, kto jest kim, trudno znaleźć pracę. Znalezienie
etatu w tych zawodach przypomina spotkanie jednorożca, a etat za godne
pieniądze to różowy jednorożec z podświetlanym rogiem i puchatym ogonkiem. Ale
czemu znowu o tych pieniądzach i to jeszcze w kontekście fantastyki? Dlatego,
że niejednokrotnie słyszę nawet od przedstawicieli moich zawodów, że należy „wyrzec się postawy roszczeniowej i
przekonania, że za mniej niż 2 tysiące nie będę pracować”. Trochę ze
względu na to, że są to zawody „quasi-misyjne”, a trochę dlatego, że
znalezienie pracy za wyższą stawkę w niektórych sektorach graniczy z cudem. OK,
czasem trzeba nagiąć się do warunków, ale podobno
żyjemy w Europie, a nie w państwie trzeciego świata. Nigdy nie zrozumiem
uznawania za normę sytuacji, w której korzystniejsza finansowo jest praca w
Żabce (przy dużo mniejszej odpowiedzialności) niż w tych zawodach. Niestety, ze
względu na niski prestiż zawodów, brak uregulowań prawnych i dostępność
śmieciowej wiedzy w internecie czy w gabinetach „specjalistów” po
kilkudziestogodzinnych kursach, ludzie nie myślą o godnym wynagrodzeniu dla
dietetyka czy psychologa jako o szansie na właściwą jakość usług.
Ponadto, w
nowej propozycji ustawy o zawodzie psychologa szykuje się m.in. wymaganie
stałego dokształcania się, obowiązkowej przynależności do samorządu, bycia
przez rok pod superwizją bardziej doświadczonego psychologa (staże nie będą
organizowane). To wszystko będzie kosztowało psychologa, a w szczególności
młodego, worek pieniędzy. Samorząd zawodowy miałby pomagać w przydzieleniu i
opłaceniu opiekuna (superwizora) dla młodego psychologa. Nie gwarantuje to
jednak pracy (z płacą choćby minimalną), w której psycholog przez rok zdobywałby
doświadczenie, omawiając następnie swoją pracę z bardziej doświadczonym
psychologiem. Krótko mówiąc – jeśli nie masz pracy, to nie masz za bardzo czego
superwizować, a także za co żyć. Przeciwnie, w tej chwili są dostępne staże
odpłatne i to się pewnie nie zmieni. Płacisz za to, że wykonujesz swoją pracę
pod kontrolą kogoś doświadczonego. Czyż to nie fantastyczna propozycja?
Wiem, że
większość moich Czytelników to specjaliści, więc powiem tak: jeśli środowisko
psychologów nie będzie walczyć o zmianę swojej nędznej sytuacji, to nałożenie
dodatkowych, choć słusznych, wymagań ustawowych na adeptów tej sztuki
(doskonalenie zawodowe – być może na własny koszt, składki z racji obowiązkowej
przynależności do organizacji, koszty wpisu na listę psychologów) będzie
gwoździem do ich trumny. Kelnerowanie po nocach, żeby zarobić na wszystkie
daniny może i jest dowodem zaradności, ale nie działa korzystnie na jakość
usług. Co ważne, niektóre towarzystwa psychologów także zwracają uwagę na
trudne położenie finansowe psychologów, utrudniające im rozwój zawodowy.
Pozostaje pracować nad zmianą tej sytuacji i nawoływać do głębokich zmian w
systemie opieki zdrowotnej, bez których powstające ustawy mogą być bezużyteczne
lub nawet szkodliwe (mimo że teoretycznie mają one służyć pacjentom).
Celem ustawy o
zawodzie psychologa powinno być przede wszystkim zabezpieczenie, by psychologami nie nazywali się ludzie po krótkich
kursach, jakiejś psychotronice czy parapsychologii i zapewnienie prawdziwym
psychologom wsparcia w profesjonalnym wypełnianiu swojej misji. To samo będzie dotyczyło
dietetyków, gdy przejdziemy (kiedyś) do regulowania zawodu.
Jednocześnie, jako
że piszę też do pacjentów, chciałabym, żeby każdy, kto korzysta z usług
psychologa czy dietetyka miał świadomość, że to, co opisałam powyżej, odbija
się przede wszystkim na nim. Nic się nie zmieni, jeśli także pacjenci nie będą
sygnalizować, że profesjonalna opieka dietetyczna czy psychologiczna jest
potrzebna, a słabo dostępna (w przypadku dietetyki, najczęściej nierefundowana).
Specjalista musi mieć gdzie wykorzystać to, czego się nauczy i mieć zaspokojone
podstawowe potrzeby, żeby w trakcie wizyty mógł skupić się tylko i wyłącznie na
swoim pacjencie. Czego nam wszystkim, niezależnie od deklarowanego poziomu
szczęścia, życzę. Inaczej nie będzie komu zadawać pytań sondażowych.
środa, 10 czerwca 2015
Słodko-gorzka rozprawa o cukrze owocowym
Zaczął się czerwiec. Sezon na truskawki otwarty, więc teraz nie sposób
opędzić się od artykułów na temat właściwości zdrowotnych tych, jak i wielu
innych owoców. Niestety takie teksty, pisane zazwyczaj z entuzjazmem godnym informacji
o wynalezieniu leku na raka, czasem zawierają różnego kalibru mity. Hitem
ostatniego tygodnia maja jest dla mnie news, że fruktoza zapobiega cukrzycy.
Artykuł dedykuję więc autorowi innego bloga dotyczącego zdrowia, przyszłemu
lekarzowi, który tak właśnie orzekł. ;)
-oza
Fruktoza ma
taki związek z truskawkami, że występuje w nich „obficie” (szalone kilka do
kilkanastu g/100g owoców), dając im ten, nieporównywalny z innymi, słodki smak,
na który ze ślinotokiem utajonym czekamy prawie cały rok. Występuje także w
innych owocach, warzywach oraz w miodzie i cukrze stołowym (biały, brązowy –
wszystko jedno, to sacharoza, czyli połączenie glukozy i fruktozy). Jest to cukier
prosty, wielokrotnie słodszy od glukozy, choć tak samo kaloryczny. Łatwo się
wchłania, zwłaszcza w obecności glukozy i tym bardziej, im więcej jej towarzyszy
fruktozie. Pod nieobecność glukozy podczas wchłaniania, część fruktozy trafia
do jelita grubego, gdzie fermentuje pod wpływem działalności bakterii. Wzdęcia
i uczucie „przelewania się w brzuchu”, a także biegunki (zjawisko znane tym, u
których występuje zaburzone wchłanianie fruktozy, a szacuje się, że ok. 30%
ludzi tak ma) mogą być przejawem takich właśnie wydarzeń w organizmie.
„Zupełnie inny szlak metaboliczny”
Glukoza jest podstawowym
źródłem energii dla komórek. Dla niektórych nawet jedynym. Ale musi się ona
zostać przeniesiona z krwi do wnętrza komórki, na co wpływ ma insulina. Trzustka
wytwarza tego hormonu tym więcej, im więcej owej glukozy we krwi. Jeśli cukru
we krwi jest za dużo, powstaje za dużo insuliny. Jeśli często dochodzi do
takiej sytuacji, insulina przestaje robić wrażenie na tkankach (bardziej
poetycko: rozwija się insulinooporność), cukier pozostaje we krwi, zamiast
trafiać do komórek, zatem trzeba produkować więcej hormonu. To historia
początku cukrzycy typu 2, wybitnie uproszczona dla przejrzystości artykułu.
Dużo zaczęło
się dziać wokół fruktozy, gdy stwierdzono, że ma niski indeks glikemiczny,
czyli po spożyciu wywołuje niewielki przyrost poziomu cukru we krwi. A zatem i
raczej wyważoną produkcję insuliny przez trzustkę. Wynika to z dłuższego niż w
przypadku glukozy wchłaniania tego cukru w jelicie cienkim. Trzustka nie musi
generować dużego wyrzutu insuliny, żeby wypchnąć cukier do komórek, także dlatego,
że... fruktoza przedostaje się do ich wnętrza bez jej udziału. Może się w
związku z tym wydawać, że fruktoza jest świetnym zamiennikiem cukru dla
diabetyków i faktycznie przez jakiś czas mówiono, że korzystanie z niej przez
tę grupę jest korzystne. W końcu to hiperglikemia i niezdolność trzustki do jej
opanowania stanowi sedno cukrzycy. Z jakichś jednak powodów najnowsze zalecenia
kliniczne Polskiego Towarzystwa Diabetologicznego dotyczące leczenia cukrzycy
jasno mówią, że należy ograniczyć spożycie fruktozy i NIE stosować jej jako
zamiennika cukru. No to teraz pytanie: dlaczego?
Badania,
początkowo na szczurach (liczne), ale później także z udziałem ludzi wykazały,
że nadmierne spożycie fruktozy przyczynia się do wielu chorób metabolicznych, w
tym cukrzycy i nadciśnienia tętniczego. W pierwszej kolejności zwiększa poziom
kwasu moczowego, które to zjawisko podejrzewa się o granie pierwszych skrzypiec
w powstawaniu pozostałych spośród wymienionych zaburzeń. Jako że fruktoza jest
w miażdżącej większości przetwarzana w wątrobie, jej nadmierne spożycie sprzyja
zwiększonej produkcji trójglicerydów i stłuszczeniu wątroby. Ale uwaga –
tłuszcz gromadzi się nie tylko w wątrobie, ale też „na obwodzie”. Mówiąc
bardziej wprost, od fruktozy na dłuższą metę tyjemy, szczególnie w okolicach
brzucha. Brzuszna (wisceralna) tkanka tłuszczowa działa jak gruczoł dokrewny –
wytwarzane przez nią substancje powodują zwiększenie insulinooporności (insulina
przestaje spełniać swoją funkcję, zatem więcej cukru pozostaje we krwi zamiast
trafiać do komórek --> idziemy w kierunku cukrzycy), a także mają działanie
prozapalne. Dla jeszcze bardziej dramatycznego efektu, fruktoza przyczyna się
do oporności tkanek wątroby na insulinę. Normalnie insulina hamuje produkcję
glukozy w wątrobie. Fruktoza w nadmiarze zaburza ten mechanizm, przez co rośnie
ryzyko hiperglikemii i de facto znów idziemy w kierunku cukrzycy, zamiast od
niej oddalać. Fruktoza ponadto lubi łączyć się z białkami ustrojowymi, co powoduje
uszkodzenia tkanek (zwłaszcza ścian naczyń krwionośnych i nerwów) i daje jej
udział w zwiększaniu ryzyka chorób sercowo-naczyniowych. Nic więc dziwnego, że specjaliści
wycofują się rakiem z wcześniejszego poparcia dla fruktozy (choć oczywiście niektórzy
nie zmieniają swoich poglądów). W medycynie trochę
jak w polityce. :)
Fruktoza nie
daje poczucia sytości, co wynika z jej wpływu na gospodarkę hormonalną. Poziom
leptyny – sygnału dla mózgu, że się najedliśmy – po fruktozie stoi w miejscu. Dzieje
się tak właśnie dlatego, że produkcję leptyny pobudza insulina, od której, jak
już wiemy, fruktoza jest niezależna. Z badań płyną
też sygnały, że jeśli możemy mówić o uzależniającym działaniu cukru, to właśnie
w odniesieniu do fruktozy (przynajmniej jeśli porównamy jej wpływ z wpływem
glukozy). Zanim jednak wpadniemy w
panikę i wyrzucimy wszystko, co stało obok fruktozy, pamiętajmy, że z
reguły na naszych talerzach pojawiają się produkty o bardziej skomplikowanym
składzie niż „100% fruktozy”, a odpowiednio dobranymi dodatkami można
zniwelować opisane działanie.
Jaki
z tego wniosek? No raczej nie taki, że
fruktoza chroni przed cukrzycą. Ostrożnie powiedziałabym nawet, że wręcz
przeciwnie, co nie znaczy, że zabraniam jeść owoce. Wiemy zresztą, że nie ma
produktów z gruntu złych, to raczej niewłaściwe ilości i proporcje są źródłem
problemów. Większym zagrożeniem jest duże rozpowszechnienie syropów
fruktozowo-glukozowych w różnych produktach, gdzie pełnią one funkcję
zamiennika cukru (zwracam uwagę na produkty dla dzieci – kaszki, soczki,
jogurty...). Im mniej takich rzeczy będzie się pojawiało w jadłospisie, tym
mniejsze wrażenie na organizmie będą robić owoce i tym mniejsza szansa, że
wyrośnie fałda pod prawym żebrem. Czyli o ciśnienie też można być spokojnym.
„To nie mogę w ogóle
jeść owoców?!”
Możesz, wszystko
jest dla ludzi. Owoce mają mnóstwo zalet, od błonnika aż po przeciwutleniacze,
witaminy i składniki mineralne, w tym potas, nieoceniony dla tych, którym
dodatkowo towarzyszy podwyższone ciśnienie. Ale. To pytanie najczęściej pada ze
strony pacjentów z cukrzycą. Specyfika niewyrównanej choroby jest taka, że,
mówiąc niefachowo, ciągnie do cukru, zatem owoce są jednymi z ulubionych
produktów w tej grupie. Zwłaszcza, kiedy przeczytają w internecie, że są
niskokaloryczne (ok) i że chronią przed cukrzycą (nie ok). Dlatego też często
ilości spożywanych przez nich owoców nie sprzyjają chudnięciu (mimo wszystko najczęstszemu
celowi wizyty pacjenta w gabinecie) ani poprawie wyników badań laboratoryjnych.
Dopiero po złapaniu równowagi w poziomach cukru i utrwaleniu się nowych nawyków,
korzystanie z owoców nie wymaga pisemnego pozwolenia. Wtedy zazwyczaj już
wiadomo, na ile można sobie pozwolić, a jednocześnie nie zaszkodzić. ;)
A co z tymi,
którzy nie mają cukrzycy i do tego (szczęśliwie) dobrze wchłaniają fruktozę? Organizm
poradzi sobie z wiadrem truskawek każdego letniego tygodnia, zakładając, że
poza truskawkami pojawia się w diecie coś białkowego, coś, co zawiera błonnik,
itp., do tego człowiekowi czasem przytrafi się jakaś aktywność fizyczna. A przecież
zazwyczaj tak jest. :) Jeśli więc
jeszcze nie wyrzuciliście zakupionego koszyczka z truskawkami, to nie róbcie
tego. Na talerzu przydadzą się bardziej.
czwartek, 28 maja 2015
Białe jest białe, a czarne jest czarne, chyba że mówimy o jedzeniu
Nieraz zdarza nam się usłyszeć od kogoś, że jajka nie zje, bo to cholesterol i takie jedzenie jest złe. Ktoś inny stwierdza: „chleba absolutnie jeść nie mogę, przecież jestem na diecie!”. W pracy dietetyka też czasem nie da się uniknąć zakazywania pewnych produktów pacjentom, bo są one „nie dla nich”.
W takich sytuacjach trudno nie odnieść
wrażenia, że świat jest miejscem wiecznego starcia przeciwstawnych sił, na
kształt dobra i zła, które zawsze wymagają się opowiedzenia po jednej ze stron.
Zależnie od tego, którą wybierzesz, będziesz wiecznie szczęśliwy/zdrowy/szczupły
lub potępiony/słaby/gruby. Schabowy z ziemniakami albo suróweczka z kurczakiem,
słodycze albo... post (najlepiej). Wybieraj! Kiedy już podejmiesz decyzję,
skoryguj ją o prawa zwierząt.
Wyobraź sobie, że masz spędzić rok na
bezludnej wyspie. Możesz ze sobą zabrać wodę i tylko jeden rodzaj jedzenia
spośród wymienionych poniżej. Kieruj się tym, co będzie najlepsze dla Twojego
zdrowia, a nie tym, co lubisz: kukurydza,
kiełki lucerny, hot-dogi, szpinak, brzoskwinie, banany, czekolada mleczna.
Co wybierasz?
Takie pytanie
usłyszeli uczestnicy przeprowadzonego w USA przez P. Rozina z ekipą (1996)
badania. Większość badanych wybrała banany (42%), szpinak (27%), kukurydzę
(12%), kiełki lucerny (7%), brzoskwinię (5%), hot-dogi (4%), czekoladę mleczną
(3%). Widoczne jest więc, że część produktów była wyraźnie preferowana, a
badani kierowali się pewnymi regułami przy podejmowaniu decyzji.
Myślenie
oparte na istnieniu kategorii-szufladek, do których wrzucamy to, co napotykamy
na drodze, przychodzi nam całkiem łatwo, bo ma określoną funkcję: pozwala
szybko i bez wysiłku podejmować decyzje. Szybko i bez wysiłku to oczywiście
ulubione cechy aktywności umysłowej człowieka, tym bardziej, że mamy
ograniczone możliwości przetwarzania informacji (czy też ogarniania świata), a
środowisko XXI wieku atakuje nas nimi z każdej strony. Taki stan rzeczy wymusza
powierzchowne oceny oparte na informacjach, które uznajemy za najważniejsze (co
swoją droga daje nam w psychologii wzruszające określenie skąpców poznawczych).
Kiedy upraszczamy,
bardzo duże znaczenie dla tego, gdzie w końcu wpadnie oceniana rzecz (schabowy
z ziemniakami!) mają nasze emocje i przekonania, które w gruncie rzeczy są
powiązane – jeśli mówiono nam w kółko, że schabowy jest niezdrowy i wyrośnie nam po nim
fałda pod prawym żebrem, to mimo iż generalnie smak schabowego może w nas
wzbudzać ciepłe uczucia, w momencie gdy przeważy niechęć do fałdy pod prawym
żebrem będziemy traktować schabowego jak potencjalnego wroga. Co wcale jednak nie
znaczy, że postawieni przed talerzem ze schabowym nie zjemy go. Jedynie kac
moralny będzie silniejszy.
Jak się to ma
do wyników przywołanego eksperymentu? Tak, że najchętniej wskazywane przez
badanych produkty w najmniejszym stopniu zapewniałyby przeżycie na bezludnej
wyspie przez rok. Z kolei produkty, które z punktu widzenia przetrwania miały
najlepszą zawartość (hot-dogi i mleczna czekolada), były wybierane przez zdecydowaną
mniejszość. Kryje się za tym przekonanie
respondentów, że hot-dogi i czekolada są niezdrowe. Nie powinny one zatem
być wybrane przez rozsądnego człowieka jako codzienne pożywienie. Z kolei jeśli
jakiś produkt (np. kiełki lucerny, banany) ma opinię zdrowego, to wystarczy on
sam, by zapewnić nam zdrowie. Cóż jednak z tego, że zdrowe są kiełki lucerny,
skoro nie trudno nimi pokryć zapotrzebowania na energię? Cóż z tego, że banany
są zdrowe, skoro nie dostarczą odpowiedniej ilości białka i tłuszczu? Autorzy
eksperymentu nazwali to niewrażliwością na dawkę, czyli ignorowaniem znaczenia
ilości danego pokarmu dla jego skutków zdrowotnych. Wpływa ona na nasze wybory
żywieniowe, sprawiając, że wydają nam się one zupełnie racjonalne, podczas gdy
dokonujemy ich opierając się na szybkim, powierzchownym rozeznaniu tematu i odniesieniu
informacji do naszych przekonań.
Tych samych
badanych zapytano między innymi:
1) Czy zgadzasz się,
że nie da się dostarczyć zbyt dużo witamin?
2) Czy zgadzasz się
ze stwierdzeniem: “Poza pewnymi wyjątkami, większość produktów spożywczych
jest albo dobra albo zła dla zdrowia”?
2) Która dieta jest
zdrowsza (obie są tak samo kaloryczne):
Dieta całkowicie bezsolna czy dieta, w której spożywa się
szczyptę soli każdego dnia?
Dieta całkowicie bez tłuszczu czy dieta, w której spożywa
się odrobinę tłuszczu każdego dnia?
3) Który produkt ma
więcej kalorii:
Uncja czekolady czy 5 uncji chleba
Łyżeczka oleju kukurydzianego czy pół łyżeczki tłuszczu
zwierzęcego?
Co piąty
ankietowany odpowiedział, że witamin nie da się przedawkować, wpisując się w
nurt niewrażliwości na dawkę. 40% uczestników badania zgodziło się z drugim
stwierdzeniem, kojarząc „dobre jedzenie” z niską kalorycznością i obfitością
niezbędnych składników, a złe z małą ilością składników odżywczych, dużą
ilością kalorii i szkodliwością dla serca. Znajdowały się również osoby, które
były skłonne uwierzyć, że lepiej w ogóle nie jeść soli lub tłuszczu, niż
dostarczać sobie ich niewielkie ilości każdego dnia. Nie dziwi w tym kontekście
pojawiające się u niektórych badanych przekonanie, że mniejsza ilość „złego”
produktu dostarcza większą ilość kalorii niż sporo większa ilość „dobrego”
produktu – co oczywiście nie jest racjonalne. Swoją drogą pokazuje to, jak dużą
rolę przypisujemy kaloriom w ocenie wartości pożywienia.
Badanie trochę
zgrzyta mi jako dietetykowi i wiele z nieścisłości w pytaniach wyłapywali
uczestnicy warsztatów, w czasie których prezentowałam te wyniki (pozdrowienia
dla niezawodnych gimnazjalistów i licealistów). Nie jestem też fanką robienia
tragedii narodowej z wyników w stylu: „47% grupy miało błędne przekonania,
czyli ogólnie ludzie mają wyprane mózgi”. Badacze zapewne chcieli, aby
przynajmniej wszyscy ankietowani wiedzieli np. że nadmiary też szkodzą, ale los
chciał inaczej. Lekcja dla dietetyków, żeby nie zakładali, że wszyscy wiedzą
to, co oni. :) Mimo to badanie jest pomysłowe i pokazuje ciekawe tendencje,
które faktycznie czasem obserwuję wśród znajomych, czy w gabinecie. U siebie też, wszak jestem człowiekiem i czasem żyję złudzeniami. ;)
Skoro robimy
podobnie jak uczestnicy tego badania, odrzucając wspomniane na początku jajka
czy schabowego i czując się podle po czekoladzie, warto zastanowić się, czym my (każdy z nas!) kierujemy się, kiedy
oceniamy jedzenie jako właściwe/dobre i niewłaściwe/złe. Pewne kryteria
byłyby wspólne dla nas wszystkich, część jednak by się różniła, bo: specjaliści
mają różne poglądy, rodzice przekazali nam różne sposoby odżywiania się i sami
na własnym doświadczeniu nauczyliśmy się wiązać spożycie pewnych produktów ze
stanem zdrowia i wyglądem. Występowanie tych różnic jest pierwszym argumentem
za tym, że w rzeczywistości nie da się żywności podzielić na dobrą i złą – my
sami jesteśmy twórcami podziału. Nie
potrzebujemy konkretnych produktów w swojej diecie, a składników odżywczych,
które zapewnią naszym organizmom prawidłowe funkcjonowanie (tak, będę to
powtarzać do ostatecznego wyczerpania). Każdy pokarm zawiera jakieś składniki
odżywcze i choćby miał to być sam cukier – też pełni on swoją funkcję. Istotą
są ilości i proporcje. Wyjątkiem są
tutaj niektóre choroby, w których nie jest wskazane spożywanie produktów
zawierających określone składniki, a złamanie zasady grozi poważnymi
konsekwencjami dla zdrowia – np. osoby z celiakią nie spożywają pokarmów
zawierających gluten. Tutaj podział jest konieczny, jednak wciąż nie dotyczy on
produktów (np. chleba w każdej postaci), a ich składników (można kupić lub
upiec bezglutenowy chleb).
Jakie
konsekwencje ma czarno-białe patrzenie na żywność? Przytoczony eksperyment
pokazał, jak wyprowadza nas w pole każąc wierzyć, że możemy jeść tylko niektóre
produkty – i to bez ograniczeń, podczas gdy innych powinniśmy się wystrzegać. Kiedy
nie uda się ich wystrzec, pojawiają się wyrzuty sumienia i usilne próby unikania,
by „nie kusiły” (zakładając oczywiście, że nasze przekonanie o szkodliwości
pokarmu idzie w parze z upodobaniem dla jego smaku). Z reguły przynosi to
dokładnie odwrotny efekt – jeszcze bardziej pragniemy tego, czego sami sobie
zakazujemy. Zatem kierując się podziałem dobre/złe możemy z jednej strony szybko
oceniać i podejmować decyzje żywieniowe (niekoniecznie słuszne, bo w nadmiarze
wszystko szkodzi), z drugiej – mamy rozterki, bo ciało czasem domaga się tego,
co umysł uznał za niekorzystne. Im bardziej sztywny podział – tym rozterki
większe.
Przy obecności
dodatkowych problemów czarno-białe ocenianie jedzenia występuje w zaburzeniach
odżywiania, jednak w mniejszym natężeniu przytrafia się wielu osobom stosującym
diety. Tak zwane chwile słabości, kiedy odstępujemy od zaleceń, bardzo często
prowadzą do zerwania z dietą, bo została zjedzona ta „zła” czekolada – choćby i
jeden kawałek. Ale za jednym kawałkiem idzie następny i następny, i tak jakoś
cała dieta poszła w diabły... Jest wszystko albo nic. Owszem – konsekwentne
trzymanie się zasad jest ważne dla skuteczności diety. Jednak psychika ludzka
funkcjonuje w taki sposób, że im bardziej zasada jest dla nas uciążliwa i im
bardziej coś (przekonania!) nas zmusza, by się jej trzymać, tym bardziej
prawdopodobne jest, że się złamiemy. Dlatego praca nad zmianą swojego patrzenia
na żywność – nadanie jej odcieni – jest niesłychanie istotna. Nie tylko dla
skuteczności diet, ale też dla własnego samopoczucia, kiedy jemy.
poniedziałek, 11 maja 2015
Chleba (bezglutenowego) i igrzysk!
Przeczytałam ostatnio kolejny artykuł o
diecie bezglutenowej. Kolejny wyrażający totalne zdziwienie światem i
politowanie dla ludzi, którzy dali się nabrać producentom żywności i w swojej
ewidentnej głupocie zabrali się za wykluczanie glutenu ze swojej diety. O ile dobry
biznes wyniuchany przez firmy jest tu oczywisty, sukces tej mody na dietę
uważam za bardziej uwikłany niż przedstawił autor. Dodatkowo irytuje mnie pogardliwy
ton często stosowany w takich artykułach, więc pozwolę sobie wbić kij w
mrowisko. ;)
W
2013 roku ok. 30% dorosłych Amerykanów ograniczało lub eliminowało gluten z
diety. Jeśli zapytać przypadkowych ludzi w Stanach czy wiedzą, co to gluten, to
nie jest wesoło, nawet wśród osób stosujących dietę bezglutenową. Brakuje badań na temat wiedzy zdrowych Polaków o
glutenie i diecie pozbawionej tego tajemniczego składnika, choć wiadomo, że
osoby ze zdiagnozowaną nietolerancją glutenu dobrze wiedzą, dlaczego i w jaki
sposób powinny go unikać. Coraz więcej jednak mówi się o rosnącym
zainteresowaniu eliminacją glutenu z diety bez wskazań medycznych. Powstają
nowe knajpy bezglutenowe, a pozostałe wprowadzają bezglutenowe warianty dań.
Rośnie też asortyment dostępnych produktów bez glutenu.
Kto to jest ten Gluten?
Gluten
to (upraszczając) białko naturalnie występujące w zbożach: pszenica, orkisz,
żyto, jęczmień, owies, nadające charakterystyczną strukturę produktom z nich
wytwarzanym. To właśnie dzięki glutenowi ciasto jest ciągliwe. Składnik ten
występuje w żywności powszechnie, także w produktach zupełnie niezwiązanych ze
zbożami. U większości z nas nie występują żadne negatywne skutki jego
spożywania. Przy genetycznej predyspozycji może jednak wywoływać szereg
uciążliwych objawów ze strony układu pokarmowego – choć nie tylko – związanych
z uszkodzeniem jelit przez substancje prozapalne i przeciwciała wytwarzane w
organizmie (celiakia/choroba trzewna). Na gluten można też mieć alergię bądź
nadwrażliwość, której rozpoznanie nastręcza szczególnych trudności, a wiąże się
z podobnym dyskomfortem, jak celiakia. Żeby sprawa była bardziej skomplikowana,
zaburzenia szczelności jelit sprzyjają przedostawaniu się z nich do krwiobiegu
niekompletnie strawionego glutenu. W takiej formie ma zdolność przenikania
bariery krew-mózg, przez co sugeruje się, że spożywanie produktów z glutenem
przez osoby z pewnymi predyspozycjami może się przyczyniać do powstawania u
nich zaburzeń psychicznych. Tego rodzaju
problemy mogą być jedyną manifestacją celiakii skąpoobjawowej. Dlatego też zaleca się, by badania laboratoryjne w
kierunku celiakii były przesiewowo wykonywane m.in. u osób z ADHD,
schizofrenią, depresją i innymi zaburzeniami, których tło jest inne niż automatycznie
diagnozowany przez laików brak dyscypliny w wychowaniu czy traumatyczne
przeżycia (tzw. „nieustalona etiologia”). Tolerancję glutenu sprawdza się też u
osób z chorobami autoimmunologicznymi ze względu na fakt, że często towarzyszą
one celiakii. Co nie znaczy automatycznie, że ów gluten odpowiada za wszystkie
Hashimoto czy schizofrenie tego świata. :) Prawdę mówiąc, w tych przypadkach
trzeba się mocno zainteresować m.in. witaminą D i kwasami omega-3.
Jedyną
metodą leczenia nietolerancji, alergii i nadwrażliwości jest wykluczenie
glutenu z diety na całe życie. Jest to skomplikowane, tym bardziej, że
nierzadko stan jelit na początku leczenia wymaga odstawienia także innych
produktów.
Trzeba dmuchać na zimne i odstawić chleb!
Najczęściej
słyszę o diecie bezglutenowej w kontekście odchudzania, bo gluten podobno
sprawia, że waga stoi w miejscu. Ten argument chyba najczęściej zachęca do
samozwańczego (najczęściej zresztą niekonsekwentnego) odrzucenia glutenu. Oczywiście
tu należy napisać wprost, że nie
schudniemy od wykluczenia glutenu, ale od efektów ubocznych w postaci zwiększenia
zainteresowania jakością jedzenia i wykluczenia dużej ilości badziewia, w
którym jest gluten. Żeby było jasne, podobnych rewelacji dotyczących
„tuczących” właściwości pewnych produktów było już pełno, np. chleb, ziemniaki,
mięso, masło, itp. Z drugiej strony dyskusje na temat diety wegetariańskiej też
jeszcze niedawno przypominały te wokół diety bezglutenowej, a teraz już wiemy,
że jest zupełnie zdrowa, jeśli użytkownik wie, jak dostarczyć sobie np. żelaza i pełnowartościowego białka ze
źródeł niemięsnych. Bezpieczeństwo stosowania diety bezglutenowej też jest
zależne od zapewnienia innych źródeł składników obecnych w wykluczonych
produktach. Bezglutenowość wymaga sporej kreatywności w kuchni, jednak może się
przypadkiem okazać, że dzięki konieczności szukania będzie ona mniej monotonna
niż dieta przeciętnej osoby nie ograniczającej glutenu.
Diety
rzekomo bezglutenowe stosowane przez samozwańców i tak zazwyczaj zawierają
gluten. Prawda jest taka, że gluten to nie tylko straszne białe pieczywo z mąki
pszennej, żytniej czy kasza jęczmienna. Gluten w postaci mąki, skrobi pszennej,
kaszki jest fantastycznym regulatorem struktury. Dlatego występuje w wędlinach,
słodyczach, przetworach owocowych, sosach, produktach mlecznych i wielu, wielu
innych. Czytając składy produktów mlecznych niskiej jakości można dojść do
wniosku, że więcej jest tam glutenu niż podstawowych składników produktu
mlecznego. Mało tego, wszelkie rzeczy krojone – sery, znów wędliny, to co nie
powinno się sklejać (np. suszone owoce) – również zostało przesypane mąką
(glutenową – a jakże). Niewiele osób stosujących dietę bezglutenową z wyboru
robi to porządnie, ale nie mam do nich pretensji. Skoro nawet niektórzy lekarze
twierdzą, że wyłączenie glutenu stanowi cudowny lek na większość ludzkich
dolegliwości, a jednocześnie potrafią nie rozróżniać alergii i nietolerancji,
to brak wiedzy u pacjentów jest dla mnie zupełnie zrozumiały. Nie ma kto wyjaśnić.
Ci,
których do ograniczeń zmusza choroba, nie muszą jeść tylko trawy, ale w ich
interesie jest zachowanie szczególnej ostrożności przy wybieraniu produktów w
sklepie, jako że mogą one być zanieczyszczone glutenem. Nie da się uniknąć go
całkowicie – choćby ze względu na zanieczyszczenia technologiczne – ale można
zredukować do minimum zapewniającego odbudowę śluzówki jelita. Jest to jednak
nierzadko dość drogie, zwłaszcza gdy ktoś nie planuje gotować w domu. Firmy
produkujące produkty bezglutenowe nie cenią się nisko, a dodatkowo smak wielu
dostępnych chlebów w odczuciu celiaków pozostawia wiele do życzenia.
Produkowanie
dla małej grupy ludzi jest średnio opłacalne, więc nic dziwnego, że biznes
kwitnie odkąd zwiększył się popyt osób zdrowych na jedzenie bez glutenu.
Pozwala to również na rozwijanie asortymentu dla osób autentycznie chorych,
które do niedawna nie mogły sobie tak po prostu pójść do knajpy i zjeść
bezglutenowy obiad. Pamiętajmy również o tym, że obecna nagonka na dietę
bezglutenową leży w interesie firm produkujących prawie każdą inną żywność.
Dodatek glutenu pozwala na uzyskanie produktu o pożądanej przez konsumenta
konsystencji – tanio i bez kombinowania. W wielu produktach bezglutenowych
trzeba posiłkować się innymi dodatkami imitującymi jego właściwości, co nie
czyni ich szczególnie „zdrowymi”. Na pewno nie przyczyniają się do chudnięcia, co
zaskakuje mniej świadomych użytkowników diety.
Czego sobie szanowny pacjent życzy?
Są
media, są książki, specjaliści z różnych szkół filozoficznych, ale i pacjenci,
którzy nakręcają spiralę popularności diety bezglutenowej. Właściwie nie
powinnam tego pisać, bo odzieram odżywianie z tego, co niektórym dietetykom
gwarantuje psychologiczną akceptację diety przez pacjentów. Tak naprawdę
właśnie to wielu pacjentów woli usłyszeć – że w diecie trzeba ograniczyć
gluten, bo to on jest sprawcą tycia, złego samopoczucia, konfliktów rodzinnych
i słabych stopni w szkole. Zdrowa dieta nie sprzedaje się dobrze w tradycyjnym
wydaniu. A jeśli ktoś nie chce słyszeć, że do tej pory tył, bo kiepsko się
odżywiał (lub źle się czuł, bo totalnie ignorował swoje potrzeby emocjonalne),
tylko że podstępnie tuczył go nikczemny gluten, to znajdą się tacy, którzy
właśnie to mu powiedzą.
Przewrotnie
Na koniec daję
błogosławieństwo tym, którzy wiedzą, co to jest gluten oraz gdzie się znajduje
i chcą go wykluczyć z diety mimo braku wskazań medycznych. Warunkowe
błogosławieństwo. Tak jak gluten przez
samo bycie glutenem nie jest szkodliwy dla osób bez szczególnych predyspozycji
genetycznych, tak też nie jest do niczego w organizmie potrzebny. Dlatego
jeśli nie masz celiakii/alergii/nadwrażliwości i z jakichś powodów chcesz to
zrobić – w porządku, o ile:
- jesteś osobą dorosłą;
- sprawdzisz zawczasu, czy nie masz nietolerancji glutenu – jeśli masz, to sensowna dieta będzie dalece bardziej restrykcyjna niż niskoglutenówka typowa dla ograniczających hobbystycznie; testy nie będą miarodajne po eliminacji glutenu;
- przed rozpoczęciem zrobisz sobie komplet badań (to akurat gorąco polecam niezależnie od rodzaju diety), żeby wiedzieć, z jakiego pułapu startujesz, co się zmienia na plus, a co na minus, krótko mówiąc – będziesz pod kontrolą lekarza;
- będziesz pamiętać o tym, że istnieją zboża naturalnie bezglutenowe, które mają składniki (a jak już wiemy z poprzednich postów, to właśnie o składniki chodzi w żywieniu) niezbędne, a nie tak obficie występujące w innych rodzajach pokarmów; a najlepiej skonsultujesz się z dietetykiem, który pokaże Ci, jak bezpiecznie zastąpić to, co eliminujesz wraz z glutenem;
- lubisz lub przynajmniej wiesz jak piec – będziesz to robić często, kiedy poznasz skład, smak i cenę bezglutenowych chlebów ze sklepu;
- nie będziesz trąbić na lewo i prawo o tym, jak brak glutenu zmienił Twoje życie, bo wcale nie jest powiedziane, że komuś innemu to pomoże (a przy typowym dla obecnych czasów nadmiarze informacji może już nie mieć siły szukać innych źródeł wiedzy ;)).
Smacznego!








