Dietetyka profilaktyczna

Zanim odkryjemy, ile lat trzeba będzie poczekać na wizytę u specjalisty na NFZ.

Dietetyka w chorobach przewlekłych

Ze szczególnym uwzględnieniem dietetyki kardiologicznej i diabetologicznej.

Dietetyka i zdrowie psychiczne

O tym, jak sposób odżywiania się wpływa na nastrój i sprawność intelektualną, a także o zastosowaniach dietetyki w profilaktyce i leczeniu zaburzeń psychicznych.

Wizerunek ciała a odżywianie się

Nie ma wątpliwości, że to, co jemy ma pewien wpływ na wygląd ciała. A jak ma się nasz sposób postrzegania własnego ciała do jego rzeczywistego wyglądu, jak oceniamy rozmiary swojego ciała? Czy nasze nawyki żywieniowe są powiązane z tym, co myślimy o swoim ciele?

Psychologia jedzenia

O tym, dlaczego wolimy pizzę niż sałatę, kiedy jemy więcej niż zwykle oraz czy da się uniknąć odstępstw od diety (a jeśli nie, to jak z tym żyć).

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zawodowo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zawodowo. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 marca 2016

Wykładowo!

Ostatnimi czasy łatwiej mnie posłuchać niż poczytać. 

08.02. nadawałam gościnnie w Radio Luz o postanowieniach noworocznych i formułowaniu celów (słynna już audycja Singiel w Mieście Spotkań ;)).

Parę tygodni później, panie zainteresowane odżywianiem się w czasie ciąży tłumnie odwiedziły siedzibę Fundacji Kobieta z Brzuszkiem (której serdecznie dziękuję za świetną organizację wydarzenia!), by posłuchać, na ile trzeba zmienić dietę w tym szczególnym okresie. Mam nadzieję, że mój (bardzo przekrojowy) wykład pozwolił poukładać pewne fakty i ze spokojem podejść do dziwnych i sprzecznych zaleceń z internetu. Z bardzo pozytywnych opinii wyrażonych w ankiecie ewaluacyjnej wnioskuję optymistycznie, że tak było. :) Odświeżyć informacje można na stronie Centrum Zdrowia Medfemina, gdzie poświęciłam tej tematyce osobny artykuł.

Teraz zapraszam do mieszczącego się przy ulicy Ciepłej 15B Centrum Spotkań. 16 marca o godz. 16:00, w ramach organizowanego tam cyklu spotkań dla opiekunów osób z otępieniem będę opowiadać o wpływie diety na stan psychiczny i sprawność poznawczą. Podobnie jak w przypadku poprzedniego wykładu nie jest to szkolenie specjalistyczne, tym niemniej zachęcam do udziału wszystkich zainteresowanych tematem otępienia. 
 


poniedziałek, 27 lipca 2015

Dziewięćdziesiąt jeden procent


Każdy bywa kiedyś u lekarza, wiele osób trafia do psychologa lub dietetyka. Do psychologa pewnie mało kto się przyznaje, bo wiadomo – 91% ludzi w Polsce jest szczęśliwych, tak przynajmniej twierdzą Sondaże. Pozostałe 9% prawdopodobnie w ogóle nie jada słodyczy.
Jeśli byliście, to zastanawialiście się kiedyś, jaka droga doprowadziła dietetyka/psychologa/lekarza do tego, co teraz robi? Każdy człowiek ma naturalną skłonność do przypisywania innym pewnych cech na podstawie tego, co widzi (i wyjaśniania, dlaczego ktoś wydaje nam się sympatyczny, profesjonalny, itp.), więc jestem pewna, że tak.
            Jeśli trafisz kiedyś do młodego psychologa lub dietetyka w poradni/w prywatnym gabinecie, to zanim ocenisz jego pracę, wiedz o nim, że:
·       prawdopodobnie boleśnie zderzył się z rzeczywistością, w której miejsc pracy jest szalenie mało i są nędznie opłacane, podczas gdy coraz więcej jest ludzi otyłych, zestresowanych, nie radzących sobie z rzeczywistością, samotnych, długotrwale bezrobotnych (o ironio!), chorych przewlekle – a więc potrzebujących pomocy takiego specjalisty; zatem...
·     ...niejednokrotnie zmuszony jest do prowadzenia działalności gospodarczej, w której panuje zasada: „nie masz z czego opłacić ZUSu – masz pecha” (choć oczywiście działalność ma też pewne zalety);
·       dostaje wysypki na dźwięk słowa „wolontariat”, bo z reguły ma ich już wiele za sobą;
·       często tłumaczy, że nie jest wielbłądem i ma uprawnienia do wykonywania swojej pracy, co nie jest proste przy braku ustawy regulującej zawód lub przy ustawie, która praktycznie nie funkcjonuje;
·      codziennie tłumaczy, że trenerka fitness z wiedzą żywieniową z internetu ani osoba po kursie psychotroniki nie są dietetykiem ani psychologiem;
·     jest w tej poradni/gabinecie dla dobra swojego pacjenta, wbrew wszystkiemu i wszystkim – rodzinie, która już dawno przestała liczyć, że darmozjad „się zwróci”, albo znajomym, którzy poszli w miejsca luźno związane z zawodem, żeby mieć pracę inną niż nieistniejąca lub żenująco płatna... i patrzą na niego ze współczuciem;
·     czeka na nową ustawę o zawodzie psychologa/ustawę o zawodzie dietetyka, a jednocześnie obawia się, że wpędzi go ona w jeszcze większe kłopoty.
Czemu tak dramatycznie? Czyżby psycholodzy i dietetycy stanowili te niepokorne/roszczeniowe 9%, które nie deklaruje poczucia szczęścia w ankietach? Z moich obserwacji wynika, że sporo młodych osób, być może nie tylko w tym kraju, ma podobne nastroje. Tutaj jednak dodatkową komplikacją jest specyfika zawodów, które, ze względu na koncentrację na osobach z problemami zdrowotnymi, wiążą się z dużą odpowiedzialnością i ilością obowiązków niejednokrotnie niewspółmierną do wynagrodzenia. Znalazłam niedawno ofertę dla psychologa na pół etatu we Wrocławiu. Minimum 2 lata doświadczenia, obowiązków od metra, papierów do przedłożenia tyleż samo i... pensja minimalna. To tyle w kwestii poważnego traktowania tego zawodu. Jako pomoc kuchenna lub personel sprzątający można zarobić więcej, a jednocześnie do wykonywania takiej pracy wcale nie trzeba spędzać 5 lat na uczelni. :)
Psycholodzy po latach dojrzeli, by przyspieszyć prace nad nową ustawą o tym zawodzie. Dietetycy też walczą o poprawę swojej sytuacji zawodowej przez stworzenie dokumentu, w którym będzie jasno napisane, kto może się posługiwać tytułem dietetyka. Działania te mają na celu poprawę sytuacji osób wykonujących te zawody w Polsce.
Jest nad czym pracować. Bez jednoznacznego określenia, kto jest kim, trudno znaleźć pracę. Znalezienie etatu w tych zawodach przypomina spotkanie jednorożca, a etat za godne pieniądze to różowy jednorożec z podświetlanym rogiem i puchatym ogonkiem. Ale czemu znowu o tych pieniądzach i to jeszcze w kontekście fantastyki? Dlatego, że niejednokrotnie słyszę nawet od przedstawicieli moich zawodów, że należy „wyrzec się postawy roszczeniowej i przekonania, że za mniej niż 2 tysiące nie będę pracować”. Trochę ze względu na to, że są to zawody „quasi-misyjne”, a trochę dlatego, że znalezienie pracy za wyższą stawkę w niektórych sektorach graniczy z cudem. OK, czasem trzeba nagiąć się do warunków, ale podobno żyjemy w Europie, a nie w państwie trzeciego świata. Nigdy nie zrozumiem uznawania za normę sytuacji, w której korzystniejsza finansowo jest praca w Żabce (przy dużo mniejszej odpowiedzialności) niż w tych zawodach. Niestety, ze względu na niski prestiż zawodów, brak uregulowań prawnych i dostępność śmieciowej wiedzy w internecie czy w gabinetach „specjalistów” po kilkudziestogodzinnych kursach, ludzie nie myślą o godnym wynagrodzeniu dla dietetyka czy psychologa jako o szansie na właściwą jakość usług.
Ponadto, w nowej propozycji ustawy o zawodzie psychologa szykuje się m.in. wymaganie stałego dokształcania się, obowiązkowej przynależności do samorządu, bycia przez rok pod superwizją bardziej doświadczonego psychologa (staże nie będą organizowane). To wszystko będzie kosztowało psychologa, a w szczególności młodego, worek pieniędzy. Samorząd zawodowy miałby pomagać w przydzieleniu i opłaceniu opiekuna (superwizora) dla młodego psychologa. Nie gwarantuje to jednak pracy (z płacą choćby minimalną), w której psycholog przez rok zdobywałby doświadczenie, omawiając następnie swoją pracę z bardziej doświadczonym psychologiem. Krótko mówiąc – jeśli nie masz pracy, to nie masz za bardzo czego superwizować, a także za co żyć. Przeciwnie, w tej chwili są dostępne staże odpłatne i to się pewnie nie zmieni. Płacisz za to, że wykonujesz swoją pracę pod kontrolą kogoś doświadczonego. Czyż to nie fantastyczna propozycja?
Wiem, że większość moich Czytelników to specjaliści, więc powiem tak: jeśli środowisko psychologów nie będzie walczyć o zmianę swojej nędznej sytuacji, to nałożenie dodatkowych, choć słusznych, wymagań ustawowych na adeptów tej sztuki (doskonalenie zawodowe – być może na własny koszt, składki z racji obowiązkowej przynależności do organizacji, koszty wpisu na listę psychologów) będzie gwoździem do ich trumny. Kelnerowanie po nocach, żeby zarobić na wszystkie daniny może i jest dowodem zaradności, ale nie działa korzystnie na jakość usług. Co ważne, niektóre towarzystwa psychologów także zwracają uwagę na trudne położenie finansowe psychologów, utrudniające im rozwój zawodowy. Pozostaje pracować nad zmianą tej sytuacji i nawoływać do głębokich zmian w systemie opieki zdrowotnej, bez których powstające ustawy mogą być bezużyteczne lub nawet szkodliwe (mimo że teoretycznie mają one służyć pacjentom).
Celem ustawy o zawodzie psychologa powinno być przede wszystkim zabezpieczenie, by psychologami nie nazywali się ludzie po krótkich kursach, jakiejś psychotronice czy parapsychologii i zapewnienie prawdziwym psychologom wsparcia w profesjonalnym wypełnianiu swojej misji. To samo będzie dotyczyło dietetyków, gdy przejdziemy (kiedyś) do regulowania zawodu.
Jednocześnie, jako że piszę też do pacjentów, chciałabym, żeby każdy, kto korzysta z usług psychologa czy dietetyka miał świadomość, że to, co opisałam powyżej, odbija się przede wszystkim na nim. Nic się nie zmieni, jeśli także pacjenci nie będą sygnalizować, że profesjonalna opieka dietetyczna czy psychologiczna jest potrzebna, a słabo dostępna (w przypadku dietetyki, najczęściej nierefundowana). Specjalista musi mieć gdzie wykorzystać to, czego się nauczy i mieć zaspokojone podstawowe potrzeby, żeby w trakcie wizyty mógł skupić się tylko i wyłącznie na swoim pacjencie. Czego nam wszystkim, niezależnie od deklarowanego poziomu szczęścia, życzę. Inaczej nie będzie komu zadawać pytań sondażowych.

niedziela, 19 lipca 2015

Nabierając rozmachu (+ na co mi dzienniczki żywieniowe)


Czytelnicy, którzy śledzą facebooka z pewnością już wiedzą o nowych powiązaniach Nutripsychologii. Tych, którzy gardzą tym portalem społecznosciowym i tam nie zaglądają, z przyjemnością informuję, że nawiązałam współpracę z  Medfeminą – Centrum Zdrowia Kobiety, mieszczącym się przy Kukuczki 5 (boczna Borowskiej).
Wszystkie Panie mają zapewnione wsparcie psychologiczne. Rozmowa z psychologiem może być niezwykle przydatna także podczas leczenia przewlekłych chorób, starania się o dziecko, poporodowego obniżenia nastroju (znanego szerzej jako baby blues), utrudnionego wchodzenia w relacje intymne. Jednocześnie, jako dietetyk, będę się zajmować przede wszystkim pacjentkami ciężarnymi, ale nie tylko. Wizyta u dietetyka jest wskazana w okresie prekoncepcyjnym, aby jak najlepiej przygotować organizm do rzeczywistości ciąży i porodu. Bywa nieodzowna przy staraniach o dziecko, skomplikowanych np. przez nadmierną masę ciała, insulinooporność, itp. Z pewnością znajdą dla siebie rozwiązania Panie z zespołem policystycznych jajników, problemami hormonalnymi, a nawet zespołem napięcia przedmiesiączkowego, czy stosujące antykoncepcję hormonalną i odczuwające jej skutki uboczne. Dieta ma znaczenie wspomagające także przy leczeniu endometriozy, mięśniaków macicy i innych schorzeń ginekologicznych. Podczas karmienia dziecka nie trzeba modyfikować diety w jakiś szczególny sposób. Jeśli jednak istnieją wskazania do eliminacji którejkolwiek grupy produktów, warto skonsultować się z dietetykiem, żeby znaleźć najlepsze zamienniki – nie produktów potrzebujemy, a składników.
W ustalaniu, jaka modyfikacja diety będzie najbardziej korzystna, pomocna jest stara, sprawdzona technika znana jako dzienniczek żywieniowy. Każda z Pań trafiających do dietetyka będzie go (prędzej czy później) prowadzić. Na początek 3 dni systematycznego zapisu wystarczą.
Po co?
            Z punktu widzenia dietetyka po to, żeby się zorientować, jak pacjent jada. Po prostu. Im dokładniejsze zapisy, tym łatwiej dostosować nowy plan żywieniowy do potrzeb/preferencji/stylu życia pacjenta, bo wiemy, z jakiego pułapu startujemy i czy zmiany powinny być przede wszystkim jakościowe, czy ilościowe. A może trzeba pokombinować wokół częstotliwości jedzenia. Debata nad dzienniczkiem to świetne źródło informacji o tym, jakich potraw pacjent unika i dlaczego, jak organizuje sobie jedzenie przy nawale pracy, co dla niego znaczy „jeść jak wróbelek” albo „porcje jak chłopu do kosy”. Przy solidnym wypełnianiu takiego dzienniczka (codziennie przez przynajmniej parę tygodni) można dojść do zaskakujących wniosków odnośnie własnego odżywiania, więc jest to przydatne nie tylko dla specjalisty.
Jak wypełniać?
            Instrukcję podaję w czasie pierwszej wizyty. Podstawową zasadą jest sumienne i szczere zapisywanie, co wpadło na talerz (bądź – z jego ominięciem – do jamy ustnej) w ciągu dnia. Płyny też trzeba zapisywać. Ważne, by notować na bieżąco i nie zostawiać tego na dzień wizyty. Wtedy mało co pamiętamy i zapis wychodzi średnio przydatny. Raptem okazuje się, że ktoś przez 3 dni nic nie pije, zjada naparstek ryżu na obiad, bądź jest w trakcie wielodniowej ascezy cukrowej.
            Ilości są ważne. Kromkę można posmarować masłem tak, że śladu po nim nie ma albo tak, że toną w nim wszystkie inne dodatki. Miska zupy dla każdego jest wypełniona w innym stopniu.
Rodzaj produktu to także niezbędna informacja. Chleb jest zbyt szerokim pojęciem. Trzeba doprecyzować, jaki: jasny, ciemny, żytni, pszenny, z ziarnem, bez ziarna, itp. Szynka szynce nierówna – np. nie każda stała obok mięsa. Rosół wbrew pozorom też występuje w tak wielu wariantach, że bez informacji o tym, z czego został wypocony i co w nim pływało, mam niepełny obraz.
            Czas i miejsce akcji jest bardzo ważny – wbrew pozorom zbyt duże przerwy między posiłkami to często spotykany problem. Nie ma sensu też proponować fantazyjnych dań do wyprodukowania w domu, jeśli ktoś stołuje się głównie na mieście.
            Kwestią być może najważniejszą jest określenie samopoczucia po jedzeniu – pozwala łatwiej zidentyfikować np. produkty, które szkodzą. Nieoceniona informacja przy planowaniu ewentualnej dalszej diagnostyki (np. testów na nietolerancje).
            Jako że jedzenie jest uwikłane w szerszy kontekst, każdy dzień opisujemy pod względem klimatu. Może akurat byliśmy strasznie zaganiani i na posiłek jakoś tak nie było czasu albo było tak gorąco, że nie mieliśmy w ogóle ochoty na jedzenie. Jest też miejsce na opis aktywności fizycznej. Nie trzeba koniecznie biegać wieczorami, żeby coś tam wpisać. Przedświąteczne mycie okien czy opieka nad trójką dzieci naraz to też spory wysiłek, mimo że nie da się nim pochwalić na Endomondo.
Co może się przytrafić po wypełnieniu?
            Zeznanie zostaje przeanalizowane (jak powszechnie wiadomo, psycholodzy wprost uwielbiają analizować ;)). Mogą się zdarzyć pytania o uszczegółowienie, czasem o przyczynę takiego, a nie innego wyboru. Bez oceniania, po prostu czasem jest to istotne, a nie wynika wprost z dzienniczka.
Na podstawie zebranych informacji proponuję rozwiązania (czyt. przygotowuję zalecenia, ew. jadłospis). Oczywiście do wyciągania jakichkolwiek wniosków nie wystarczy dzienniczek – w czasie wizyt sporo się dzieje i wszystkie zebrane informacje dopiero dają możliwość stworzenia rozwiązania skrojonego na miarę. O tym, jak wygląda pierwsza wizyta, piszę tutaj (choć informacja o mojej współpracy z tamtą przychodnią jest już nieaktualna).

środa, 24 czerwca 2015

O pewnych zawiłościach układania jadłospisów

Prawdopodobnie każdy z nas zna osobę, która podchodzi do odchudzania po inżyniersku. Tworzy tabele z informacjami o tym, ile jej śniadanie ma kalorii i innych interesujących rzeczy. Liczy, czy w ciągu dnia nie przekroczyła jakiejś założonej wartości. Wreszcie – rysuje sobie krzywą chudnięcia. Prawdopodobnie każdy z nas zna też osobę, która regularnie testuje plany żywieniowe pisane nie do końca wiadomo przez kogo i dla kogo w gazetach lub (znowu) w internecie. Testy te kończą się w najlepszym wypadku szybką rezygnacją. Przychodzą takie dwie osoby do dietetyka...


Numerologia i horoskopy
 Wymienieni wyżej przykładowi znajomi wykazują godne pochwały zaangażowanie, które zawsze jest nieocenionym zasobem do wykorzystania. Szczególnie, jeśli za zaangażowaniem kryją się wysokie, choć realistyczne, oczekiwania. A jakie oczekiwania kryją się za opisanym postępowaniem? Można oczywiście tylko zgadywać, ale intuicja podpowiada, że takie, których nie będzie łatwo spełnić.
Prowadzenie buchalterii kalorycznej przy odchudzaniu jest bardzo przydatne na etapie poznawania „jak to działa”, np. po to, by się przekonać, iż "zjadanie" 800kcal dziennie, będąc aktywnym dorosłym człowiekiem, to na dłuższą metę nie jest droga do sukcesu. Później, moim zdaniem, nie jest to korzystne. Chcemy jednak ważyć ileś kilogramów, mieć ileś centymetrów w talii, itp., więc wydaje się, że bez liczb w jadłospisie, najlepiej w formie tabeli, nie będzie odpowiednich liczb w wynikach pomiarów. Wystarczy zresztą zerknąć do pierwszych lepszych zaleceń klinicznych postępowania, np. cukrzycy, by zobaczyć, że nie formułuje się celów w kategoriach polepszenia kondycji, dobrostanu, itp. – są słabo mierzalne (?). Podaje się konkretne poziomy cukru, cholesterolu HDL i LDL, ciśnienia, obwodów ciała, do których trzeba koniecznie zjechać przy pomocy diety i/lub leków. Wygląda na to, że jesteśmy wychowani do wiary w nieomylność liczb. Liczby same w sobie nie kłamią, ale łatwo im nadać nadmierne znaczenie (tutaj przypomina mi się fascynacja naukowców nie-psychologów wskaźnikiem IQ). Chyba że chodzi o ustalanie wynagrodzenia za pracę – wtedy liczby są bardzo ważne. ;)
Próbowanie różnych „uniwersalnych” czy też „sprawdzonych (przez kogoś)” diet trąci przekonaniem, że wszystkie problemy tego świata mają jedną przyczynę i to ją właśnie wystarczy usunąć. To trochę tak, jakby uważać, że jeśli nie da się czegoś naprawić srebrną taśmą klejącą, to nie da się tego naprawić w ogóle. Z drugiej strony, ta uniwersalna przyczyna jest co jakiś czas inna – czasem przybiera formę jedzenia zbyt dużo, czasem jedzenia nie tego, co trzeba (patrz: post o glutenie, dobrym i złym jedzeniu), jedzenia nie o tych porach, co trzeba, nie w tych połączeniach, co trzeba, itd. W gabinetowej emanacji tej idei dietetyk spotyka się z oczekiwaniem, że strzeli palcami i będzie miał odpowiednią (czyt. pasującą jak horoskop z gazety codziennej) dietę, żeby pacjent schudł. Laik ma prawo nie wiedzieć i dopiero zostać wyedukowanym w kwestii prawdziwości tego przekonania, ale wolałabym nie spotykać się z tym podejściem u specjalistów.
... istnieje tylko teoretycznie
Nie, tym razem nie chodzi o Państwo Polskie. Osobiście nie jestem entuzjastką układania jadłospisów, zwłaszcza na okresy dłuższe niż tydzień i w formie tabelki ze wszystkimi liczbami opisującymi posiłki. Uważam, że bez tego można poradzić sobie ze zmianą nawyków żywieniowych. Sami pacjenci czasem sygnalizują mi, że wolą znać reguły, dozwolone/niedozwolone produkty, wśród których mogą się poruszać itp. Takie podejście jest mi bliższe, szczególnie jako psychologowi. Oto dlaczego:
1) Sumienne realizowanie jadłospisu przez pacjenta wydaje się cudownym snem dietetyka (spełnienie założeń daje szansę na pożądane efekty), ale jest to w pewnym sensie pójście na łatwiznę. Dietetyk powinien uczyć pacjenta samodzielności i elastyczności w korzystaniu z dobrodziejstw natury i przemysłu spożywczego, a także rozumienia swoich reakcji. Pacjent i tak na własną rękę wprowadza wygodne dla niego modyfikacje jadłospisu. Zazwyczaj będą one zupełnie w porządku, choć zdarzają się sytuacje, w których dietetyk powie i napisze swoje, a pacjent tak zmodyfikuje jadłospis ilościowo i jakościowo, że nijak nie idzie to w ustalonym kierunku...
2) Jadłospis jest pewnym modelem, ideałem. Siedzimy godzinami (w zależności od posiadanego oprogramowania, doświadczenia i wyczucia) nad bytem teoretycznym, który materializując się u pacjenta miewa niewiele wspólnego z zamysłem autora. Bierze się to stąd, że:
- dane z tabel wartości odżywczej (i tu mówię o tabelach IŻŻ, nie ręczę za dane ze stron internetowych), używane przy planowaniu diety, nie pozwalają na dokładne określenie, ile poszczególnych składników dostarczymy w pojedynczym posiłku i przez cały dzień, nawet zakładając stuprocentową zbieżność działania pacjenta z planem dietetyka. Wynika to z samej natury danych – dają one orientacyjna wiedzę na temat tego, co może się znajdować w danym produkcie. Znajdziemy w tabelach np. tylko jeden wariant pomidora, jabłka, łososia, chleby, których skład nie sposób odtworzyć, itp. Trzeba więc posiłkować się produktami podobnymi do zalecanych w szacowaniu wartości energetycznej czy zawartości składników odżywczych. Jasne, że niektóre składniki (jak np. woda, błonnik czy zawartość białka) będą występować w niemal identycznych ilościach we wszystkich odmianach jabłka, więc Jabłko Prototypowe może spokojnie wystarczyć. Ale nie ze wszystkimi składnikami tak jest. Przy bardziej złożonych produktach trudno przewidzieć, w którą stronę idzie błąd. Niektórzy radzą sobie, rozpisując potrawy na składniki i licząc ich wartość odżywczą jako sumę poszczególnych wartości. Stosuje się poprawki na straty w procesach kulinarnych, które mają upodobnić wynik do czegokolwiek, ale nadal liczymy coś, co nie istnieje.
- obróbka obróbce nierówna. Wystarczy trochę dłużej (lub w innej temperaturze) smażyć, gotować, mrozić, przechowywać, żeby zawartość pewnych składników była istotnie niższa lub wyższa, przy czym różne składniki są w różnym stopniu podatne na czynniki zewnętrzne. Przykładowo, straty składników mineralnych w mięsie pod wpływem obróbki są niewielkie, ale witaminy z grupy B (głównie B1, B6, kwas foliowy) w zależności od rodzaju obróbki cieplnej mogą uciekać nawet w 70%. Surówka warzywna może być fantastycznym źródłem witaminy C nawet mimo strat wywołanych ciachaniem bezbronnego warzywa, o ile nie stoi parę godzin w kuchni. Witaminę C i polifenole łatwo stracić w sporych ilościach (ok. 40%), wystarczy np. rozpocząć gotowanie warzywa od zimnej wody, zamiast wrzucić je do wrzącej. Ziemniaki ugotowane w mundurkach będą miały wyższą zawartość witaminy C i błonnika niż bez nich. Mało tego, przestudzenie ziemniaków po powoduje, że część skrobi nie zostaje strawiona i w jelicie grubym staje się pożywką dla bakterii (co akurat jest ok). Straty potasu podczas gotowania to ok. 30%*, chyba że zrobimy to na parze albo w mikrofalówce, albo zdecydujemy się na pieczenie (ale wtedy poziom cukru we krwi skoczy nam gwałtowniej niż po gotowanym ziemniaku). Nawet tak podstawowa obróbka jak moczenie i płukanie generuje straty.
- można z dumą zjadać produkt o teoretycznie wysokiej zawartości np. żelaza czy wapnia, ale wchłanianie tychże może być mizerne ze względu na interakcje składników posiłku (np. żelazo w soczewicy ma mniej przyswajalną formę, do tego towarzyszą mu składniki obniżające jego wchłanianie; nie pomaga popijanie żelazistego steka herbatką lub czerwonym winem).
3) Każdy z nas lubi mieć wpływ. Kiedy mamy wpływ na swoją sytuację, lepiej znosimy ból i jesteśmy spokojniejsi. Dlatego pacjent powinien uczestniczyć w tworzeniu swojego planu żywienia. Negocjowanie zmian i motywowanie do ich wprowadzenia jest o wiele bardziej wyczerpujące dla specjalisty niż narzucenie choćby najbardziej słusznych zaleceń i ułożenie najbardziej rygorystycznie wyliczonego jadłospisu, stąd pewnie rzadko słychać, by ktoś tak robił. Jest też istotna różnica między poziomem zaangażowania w działanie zgodne z odgórnie narzuconym planem i z planem, który współtworzyliśmy.
Nasz klient – nasz pan!
Wszystkie powyższe rozterki sprawiają, że podczas tworzenia jadłospisu czasem trzeba się sporo nakombinować, żeby wyszło coś, co ma akceptowalną (szacowaną) wartość energetyczną i odżywczą, a jednocześnie da się to faktycznie przygotować i zjeść w ciągu dnia. Im bardziej skomplikowana sytuacja, tym oczywiście trudniej znaleźć złoty środek. Dlatego stworzenie sensownego planu wymaga czasu. Nie da się przygotować dla kogoś jadłospisu w czasie wizyty. Bywa, że i parę godzin na to nie wystarczy! Kiedy przeglądam przykładowe jadłospisy w broszurkach dotyczących różnych chorób, czasem przecieram oczy ze zdziwienia, więc jeśli potrzebujemy takiego rozwiązania (nie ma w tym nic złego – mamy różne potrzeby), to niech ono będzie zindywidualizowane. Dla większości osób będzie to model, na którym nauczą się prawidłowo komponować posiłki i składać je w wykonalne menu dnia. Dla dietetyka sposób realizacji planu będzie ważną informacją, ale jeśli nie pozyska jej w ten sposób, to w inny. I taka powinna być funkcja jadłospisu. Nie jest to ani biblia postępowania w życiu, ani z drugiej strony coś, co można wziąć od koleżanki i zastosować na sobie, bo ona schudła. Jeśli jednak u dietetyka jest inaczej, to wnioski nasuwają się same. :)

 * - czy ja coś wspominałam o uzależnieniu od liczb?

czwartek, 9 kwietnia 2015

Dietetyk, psycholog, psychodietetyk - z czym do ludzi?

Poszukiwanie specjalistów odpowiednich dla nas, gdy chcemy schudnąć lub z innych powodów zmienić sposób odżywiania jest ostatnio skomplikowane. Jeśli zmianę diety sugeruje lekarz, to sprawa jest prosta – albo on sam daje nam wskazówki albo kieruje do dietetyka. Czasem z własnej woli przychodzimy do dietetyka. Tylko czy zawsze wiemy, do kogo trafiamy? Zdarza się, że mamy za sobą większość znanych diet, przeszliśmy wielu specjalistów i nic nie działało. Dodatkowo niezastąpione media ustami mniej lub bardziej anonimowych ekspertów informują, że „otyłość zaczyna się w głowie”, „dieta powinna być stylem życia”, „trzeba mieć motywację” itp., itd. Pomijając fakt, że takiego przekazu trudno nie odczytać jako: „sami jesteście sobie winni”, nie do końca wiadomo, czy dietetyk wystarczy. A jeśli wystarczy, to na jak długo. Może trzeba zatrudnić cały sztab doradców? Jak nie zwariować?


Komu dietetyka, komu?

Wystarczy wybrać się na przechadzkę do internetu, żeby zobaczyć, jak wielu specjalistów oferuje swoje usługi w zakresie doradztwa żywieniowego profilaktycznie i w chorobach. Choć może się wydawać, że mamy w tej chwili zalew dietetyków, mają oni zróżnicowane tło edukacyjne. Wielu ma wykształcenie z zakresu technologii żywności i żywienia człowieka, część ma wykształcenie medyczne. Można się także udać do specjalisty z innym wykształceniem i ukończonymi studiami podyplomowymi z poradnictwa żywieniowego lub podobnymi. Są też ludzie po kursach zawodowych w różnej renomy placówkach edukacyjnych. W związku z tym, że ustawa o zawodzie dietetyka nie istnieje, wszyscy oni mogą świadczyć usługi na rzecz osób potrzebujących specjalistycznych diet, chcących zmienić styl życia czy się odchudzić – przynajmniej jeśli chodzi o dietetykę poza NFZ. Tylko kto widział dietetyka na NFZ? Ja widziałam – przy jednej poradni diabetologicznej. Poza tym ze świecą szukać. Dla porównania: w Wielkiej Brytanii jasno określa się, kto może się nazywać dietetykiem, czym się zajmuje, jakie musi spełniać wymagania i czym się różni od „żywieniowców” czy „terapeutów żywieniowych” – poczytać o tym można tutaj.
Chociaż można dyskutować, który rodzaj wykształcenia w tym zawodzie jest najbardziej wskazany w określonych sytuacjach, w praktyce okazuje się, że po każdej z wymienionych ścieżek można być skutecznym i, co najważniejsze, zorientowanym na dobro pacjenta specjalistą. Z drugiej strony z każdym wykształceniem można być po prostu ignorantem. Inna sprawa, że w dietetyce jest wiele kontrowersji związanych z tym, że zalecenia żywieniowe zmieniają się z dnia na dzień i czasem wydają się oparte na bliżej nieokreślonych fluktuacjach poziomu promieniowania kosmicznego. Będące ich podstawami badania naukowe przynoszą sprzeczne wyniki z przyczyn rozmaitych, w tym finansowych. To dla pacjenta oznacza mniej więcej tyle, że będzie dostawał zalecenia tak różne, jak różne są szkoły, które „wyznają” jego specjaliści. Osobiście upatruję w tym chaosie informacyjnym jednej z przyczyn chorób cywilizacyjnych i (pośrednio) zaburzeń odżywiania.
Zadania dietetyka opisane są na stronie internetowej Polskiego Towarzystwa Dietetyki. W skrócie: modelowo dietetyk w poradni dokonuje oceny stanu odżywienia i sposobu żywienia pacjenta, co pozwala mu na zauważenie nieprawidłowości, które mogły doprowadzić do choroby lub ją utrzymywać i ich skorygowanie. Robi to na podstawie wywiadu, pomiarów, analizy wyników badań biochemicznych i immunologicznych. Żeby skorygować nieprawidłowości w żywieniu edukuje pacjenta (a przynajmniej powinien tak robić), proponuje mu zmiany i często układa jadłospis. Relacja z założenia jest więc nierówna – dietetyk jest ekspertem, do którego przychodzi się po to, by pokierował, podał rozwiązania oraz zmotywował przez zaopatrzenie w odpowiednie informacje i obecność wraz ze swoimi narzędziami pomiaru (wykrywającymi, jak sądzą niektórzy, każde odstępstwo od diety). I zazwyczaj pacjent właśnie to uzyskuje.
Współpraca układa się gładko, dopóki dieta, którą mamy stosować nie jest zbyt restrykcyjna, efekty szybko stają się widoczne i widzimy, że psychicznie oraz fizycznie jesteśmy w stanie sobie poradzić z realizacją jej założeń. Sytuacja jest bardziej skomplikowana, gdy mimo jasno świecącego w oddali wymarzonego celu „produkty zabronione” nadal krzyczą z szuflady zbyt głośno. Albo wciąż nie możemy znaleźć czasu, by zjeść to śniadanie. Albo czujemy fizyczny wręcz opór przed jedzeniem tego, do czego namawia nas dietetyk. Wreszcie kiedy wszyscy wokół mówią, że mamy „coś zmienić”, a sami nie jesteśmy przekonani, czy chcemy, przydatny może się okazać jeszcze inny specjalista do (czy też od) pomocy.

Do psychologa? Przecież jestem normalna/-y!

Psycholog w poradni dietetycznej to dość nowy wynalazek i wiele osób ma podejrzenia, po co on tam jest. Myśl o wybraniu się do takiego specjalisty budzi nie najlepsze skojarzenia. W społeczeństwie wciąż pokutuje przekonanie, że wybranie się do psychologa oznacza, że ktoś ma problemy. Czyli jest stuknięty. Przyznanie się do problemu nawet przed sobą (bo niektórzy właśnie w ten sposób traktują korzystanie z usług psychologa) bywa zbyt trudne. Niektóre osoby kojarzą psychologa z psychiatrą i obawiają się, że przy pierwszej wizycie zostaną naszpikowane lekami, tymczasem nie taka jest rola ani kompetencje psychologa.
Zadania psychologa w poradni dietetycznej są rozmaite: od wspierania pacjenta dietetycznego na każdym etapie diety, wzmacniania jego mocnych stron, przez pracę nad emocjami, które mogą się przyczyniać do nietypowych zachowań żywieniowych aż do psychoterapii problemów leżących głębiej, np. gdy mamy do czynienia z zaburzeniami odżywiania. Psychoterapią może się zajmować osoba, która ma uprawnienia psychoterapeuty – wcale nie musi to być psycholog! W przypadku zaburzeń odżywiania oczywiście „zwykły psycholog” (czyt. nie-psychoterapeuta) również jest przydatny jako edukator i towarzysz zmagań pacjenta.
Co prawda ustawa o zawodzie psychologa jest martwa jak jedna z popularniejszych islandzkich przekąsek, ale zasadniczo od psychologa nie można oczekiwać ułożenia diety. Za to może on pomóc, kiedy trudność z różnych powodów sprawia stosowanie się do zaleceń – szczególnie, gdy założone są ograniczenia w spożywaniu pewnych produktów. Także wtedy, gdy czujemy, że wprowadzenie zmiany w życiu wywróci je do góry nogami, można liczyć na pomoc psychologa w przejściu przez trudny czas wyrabiania nowych nawyków. Częstym problemem pacjentów jest także kompletny brak wyrozumiałości ze strony otoczenia lub nawet traktowanie przez nie diety jako fanaberii. Rozmowa z psychologiem pomaga wytrwać w swoich postanowieniach mimo tego typu przeciwności.
Co ważne, relacja między psychologiem a pacjentem jest z założenia bardziej partnerska. Mówi się często o „spotkaniu dwóch ekspertów”. Pacjent ma ekspercką wiedzę o sobie – nikt inny nie potrafi powiedzieć o nim i jego życiu tyle, co on sam. Psycholog z kolei ma wiedzę o funkcjonowaniu człowieka, trudnościach, z jakimi może się mierzyć i o sposobach wpierania pacjenta w radzeniu sobie z nimi. To taka instytucja towarzysząca, która wysłucha, wyłuska sedno i pokaże, jak można spojrzeć na sytuację z innej strony. Nie decyduje o tym, co jest dobre dla pacjenta, stwarza mu natomiast bezpieczna atmosferę, by on sam dokonał wyboru. Dzięki temu nie wiążemy się z psychologiem na stałe i uczymy się sami sobie radzić w trudnych sytuacjach.

Prędzej do psychodietetyka...

Opisana powyżej idea pracy z psychologiem wywołuje w niektórych pacjentach podobne odczucia, co wizja lekarza przepisującego psychotropy. Świadomość, że jest się jedyną osobą, która może dokonać zmiany może być początkowo trudna do zniesienia, jednak przy odpowiednim wsparciu owa zmiana przychodzi naturalnie. Skoro więc podchodząc do zmiany nawyków żywieniowych i tak musimy wprowadzić w życie jakąś zmianę, to może najlepiej od razu iść do psychodietetyka?
Odpowiedź nie jest oczywista. Przy rozważaniu tego rozwiązania należy pamiętać, że psychodietetyk nie oznacza specjalisty, który jest jednocześnie psychologiem i dietetykiem. Tytuł ten odnosi się do osób, które ukończyły studia podyplomowe z psychodietetyki. Warunki przyjęcia na studia nie ograniczają dostępu przedstawicielom zawodów niemedycznych i niepsychologicznych, więc obecnie można korzystać z usług nie tylko psychologów-psychodietetyków i dietetyków-psychodietetyków, ale też np. filologów-psychodietetyków. Wybierając odpowiedniego dla siebie specjalistę warto zaznajomić się z wykształceniem psychodietetyka, aby wiedzieć, czego możemy oczekiwać – np. psycholog-psychodietetyk ani filolog-psychodietetyk nie ułożą diety, z kolei dietetyk-psychodietetyk ma mniejszy zakres wiedzy psychologicznej, co może być nie najlepszym rozwiązaniem dla osób, które potrzebują czegoś więcej niż regularnych pomiarów i jadłospisu. Modelowy psychodietetyk ma wiedzę pozwalającą ocenić, na ile sytuacja wymaga pracy psychologicznej, a na ile dietetycznej. W warunkach poradni jego zakres działania, jeśli nie ma podstaw ani dietetycznych, ani psychologicznych, jest niewielki – praca powinna polegać przede wszystkim na edukowaniu.
Optymalnym rozwiązaniem może być osoba, która ma ukończone studia zarówno psychologiczne, jak i dietetyczne (nie studia psychologiczne i kurs dietetyki on-line, ani nie studia dietetyczne z rocznym kursem „psychologii”). Taki specjalista jest w stanie realnie ocenić, jakie metody pracy są najbardziej wskazane w danej sytuacji. Daje to możliwość uzyskania zarówno fachowej porady żywieniowej, jak i pomocy w poradzeniu sobie z życiem według tej fachowej porady. Podwójne wykształcenie nie pozwala patrzeć z ciągle tego samego punktu widzenia, co jest korzyścią dla pacjenta.* Tym bardziej, że nie musi 150 razy opowiadać kilku specjalistom, co go interesuje (lub nie) i każdemu oczywiście osobno płacić. Psycholog i dietetyk w jednym pozostaje przy tym bardziej elastyczny – może działać jednocześnie wielotorowo.
Samo „bycie psychodietetykiem” nic nie znaczy, tak samo jak oferowanie diet coachingu. Niestety, zapotrzebowanie na specjalistów „z pogranicza” okazało się na tyle duże, że poza rocznymi studiami podyplomowymi z psychodietetyki jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać oferty szkoleń – jedno- lub kilkudniowych, pod różnymi nazwami. Warto więc zwracać uwagę nie tylko na to, kim nasz specjalista był przed dokształcaniem w kierunku psychodietetyki, ale też jaką szkołę wybrał. W kontekście tego ważne jest, co oferuje. Nie dajmy się naciągnąć na psychoterapię ani dietoterapię komuś, kto nie ma odpowiednich uprawnień - w najlepszym wypadku stracimy czas i pieniądze.

Podsumowanie

Praca z całym zespołem specjalistów gdy chcemy lub musimy zmienić swoje odżywianie jest piękną ideą. Jednak w polskich realiach ani nas na to nie stać, ani nie jest to specjalnie modne (generalnie chodzenie do psychologa nie jest u nas modne – jeszcze). Wolimy poczytać w internecie albo pójść do poleconego przez koleżankę dietetyka, od którego dostaniemy dokładnie ten sam jadłospis, co ona, mimo że problem leży zupełnie gdzie indziej. Nietrafiona dieta może realnie namieszać w organizmie, dlatego lepiej zorientować się, czego możemy się spodziewać po specjaliście, do którego trafiamy (oczywiście korzystając z tego przeglądu).Wprowadzenie jasnych uregulowań co do statusu osób z poszczególnymi ścieżkami wykształcenia byłoby dużym ułatwieniem i dla tych, którzy chcą te ścieżki przemierzać i, przede wszystkim, dla odbiorców usług tego typu.

* (naprawdę tak myślę, inaczej zrobiłabym sobie kursik zamiast być wieczną studentką ;))

Chętnie poznam Wasze doświadczenia z psychologami, dietetykami, psychodietetykami i innymi specjalistami przy zmianie diety!

piątek, 27 marca 2015

Współpracuję! (+ o przebiegu pierwszej wizyty słów parę)

Z przyjemnością informuję, że w marcu nawiązałam współpracę z przychodnią Kardiomedical we Wrocławiu. Będę udzielać porad psychologicznych i dietetycznych, choć oczywiście w przypadku tych drugich trudno wyłączyć "moduł" psychologa. Faktycznie więc będą one psychodietetyczne. Nie ma się jednak czego obawiać - takie połączenie ułatwia skuteczne, a jednocześnie dostosowane do potrzeb i możliwości pacjenta postępowanie.

 Często słyszę, że w polskiej (ale czy tylko?) służbie zdrowia nie patrzy się na człowieka, a na "przypadek" czy też "jednostkę chorobową" i jako rozwiązanie na wszystko stosuje się farmakologię. Tutaj nie ma tak łatwo - pierwsza wizyta trwa ok. godziny, kolejne ok. 45-50 min. i celem nierzadko jest właśnie uniknięcie leków, które trzeba będzie brać już przez całe życie. Z bardziej zaskakujących wydarzeń, w trakcie takiej wizyty może się przytrafić... rozmowa. To najważniejsze narzędzie każdego specjalisty, choć oczywiście przydają się pomiary (waga, obwody - np. talii, bioder) i analiza składu ciała, dlatego stosuję je jako dodatkowe źródło informacji.
Jak wygląda taka rozmowa i czy można się do niej przygotować? 
Przeprowadzamy ją w mieszczącym się na końcu korytarza gabinecie, do którego nikt co chwilę nie wchodzi, wiec można się skupić i mówić bez obaw, że ktoś usłyszy nas wypowiadających nieprzyzwoite "właściwie to lubię owsiankę". Ważne są dla mnie oczekiwania osoby, która chce skorzystać z porady. Naprawdę nie wiem, czego oczekuje osoba, która wchodzi do gabinetu i stwierdza "no chyba widać". Zawsze "coś" widać, tylko pytanie, czy widzimy to samo i czy myślimy o tym samym stanie docelowym. Jedni widzą sukienkę biało-złotą, inni niebiesko-czarną. :)
Podczas wizyty dążę też, by dobrze poznać aktualne nawyki żywieniowe osoby, która do mnie przychodzi. To niezbędne informacje, by rozstrzygnąć, czy "no chyba widać" ma jakiś związek z dietą i czy za jej pośrednictwem można to zmienić. Przydaje się spisanie tego, co zjadamy w ciągu dnia i przyniesienie takiego dzienniczka żywieniowego na pierwszą wizytę (o tym więcej będzie w kolejnych postach).
Czego mogę się dowiedzieć podczas wizyty?
Kontakty ze służbą zdrowia najeżone są sytuacjami, w których możemy się dowiedzieć, że potrzebne są zmiany. Ale psycholog, dietetyk czy jakikolwiek inny specjalista jest po to, by pomóc znaleźć rozwiązania, więc może się okazać, że nie ma powodów do obaw. W Kardiomedical pełnię funkcję psychologa i dietetyka zajmującego się głównie chorobami przewlekłymi będącymi konsekwencjami otyłości, więc w żadnym wypadku efektem wizyty nie będzie rozległa opinia psychologiczna, na podstawie której stwierdzę, że ktoś ma np. jakieś IQ. Tym się tutaj nie zajmujemy (zresztą o IQ można by wiele pisać, ogólnie nie przejmujmy się aż tak tymi liczbami...). Najważniejszym efektem konsultacji dietetycznej jest ustalenie korzystnego dla pacjenta sposobu odżywiania się, czasem także ułożenie jadłospisu - ten jednak przybywa do pacjenta wraz ze spisanymi zaleceniami kilka dni później drogą np. mailową. Potrzebne jest więcej czasu, by skomponować indywidualny jadłospis, dlatego nie zostaje on wręczony w trakcie wizyty.
Kiedy, gdzie, za ile? (aktualizacja 19-07-2015)
Obecnie nie współpracuję z przychodnią Kardiomedical. Można mnie za to spotkać w przychodni Medfemina, o czym szerzej tutaj. Zapraszam!